niedziela, 2 marca 2014

-15-

Hope.
Okej, dobra...co tu się dzieje? Od kiedy Jack jest po mojej stronie, a na dodatek ratuje mnie przed swoją byłą?
-Hej Hope. -skinął do mnie.
-Jack, co to miało znaczyć? Kelsey i ty i Justin...co to do cholery było?
-Nie mam pojęcia. Ostatnio Kelsey straciła głowę dla Biebera. Chyba o to chodzi. -podrapał się po karku.
-No dobra? Ale czemu atakuje mnie?
-Justin chyba się w tobie zakochał. -odparł, znów odpychając blondynkę, która znowu by się na mnie rzuciła. -Dlatego.
-Jezu Chryste...-szepnęłam. -Jack, ale czemu ty...
-Daj spokój, drobnostka. Chyba nie jestem aż tak płytki, za jakiego mnie uważasz, co? -zaśmiał się.
Wow, on rzeczywiście wyglądał inaczej. W świetle tego jak mnie uratował i jak się teraz zachowuje, to muszę chyba zmienić o nim zdanie.
-Tak czy inaczej dziękuję Jack, jestem pod wrażeniem. -uśmiechnęłam się do chłopaka.
-Kelsey to idiotka, a ja potrzebowałem czasu, żeby zrozumieć, że zasługuję na kogoś lepszego. -przyznał, spoglądając na swoje sportowe buty.
-Jeszcze raz...jestem pod wrażeniem Jack. Wow.
-Przepraszam cię za nią. Ona tylko tak mówi, wiesz że nie mogłaby ci nic zrobić.
Pokiwałam twierdząco głową. Do towarzystwa dołączył Justin.
-Co jest stary? -zwrócił się do Jacka, przybijając z nim piątkę.-Hope? Nie miałaś czekać na zewnątrz?
-Właściwie to tak, ale ktoś mnie zatrzymał. Właściwie to Kelsey.
Chłopak posłał nam pytające spojrzenie.
-Kelsey rzuciła się na Hope i jej groziła. -wskazał palcem na mnie.
-Mówiła, że mam się od ciebie odczepić, bo pożałuje. -sprostowałam, gdy do chłopaka nie doszły słowa Jack'a.
-Że co? Ale, jak...co?!
-Bieber, musisz chyba coś wyjaśnić Kels, bo wydaje mi się, że źle cię zrozumiała, gdy jej powiedziałeś, że "ma zostawić ciebie w spokoju". -zrobił znak cudzysłowiu palcami.
-Ale nic ci nie jest Hope? -spytał Justin z zatroskaną miną.
-Trochę boli mnie twarz, ale jest okej. -pomasowałam obolałe miejsce.
Jack spojrzał na mnie pytająco.
-Przecież ona tylko na ciebie krzyczała.
-Spoliczkowała mnie. -odparłam, odganiając te wspomnienie z głowy.
Oboje zrobili wielkie oczy, a Justin pobiegł w drugą stronę korytarza. Był wściekły. Jack przez chwilę na mnie patrzył, ale potem zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku.
Nadal nie ogarniałam co się dzieje. Czy to jest Jack? Jack, którego tak nienawidziłam, teraz mnie przytula?
O boże...
Lekko oddałam uścisk, nie będąc pewna, co mam dalej robić. W końcu oderwaliśmy się od siebie i chyba nawet mieliśmy podobne miny. Zdezorientowane i rozbawione miny.
-To było troszkę dziwne. -zachichotałam. -Ale mimo wszystko dzięki Jack. Chyba nie jesteś taki zły, jak z Sophie myślałyśmy.
-Ludzie się zmieniają. -wzruszył ramionami. -Powinniśmy sprawdzić gdzie jest Justin.
Przytaknęłam i ramię w ramię udaliśmy się w ten sam korytarz co chłopak. Szliśmy dosyć długo, zerkając czasem na siebie i na klasy, które były już oświetlone tylko przez księżyc. Niby było dopiero po osiemnastej, ale pod koniec listopada to normalne. Podłogi błyszczały ślicznie. Pewnie sprzątaczki już ją porządnie wyszorowały.
Do moich uszu dobiegł głośny krzyk Justina. Chwyciłam przestraszona rękaw bejsbolówki Jack'a i posłałam mu przerażone spojrzenie. On pociągnął mnie dalej, a zza rogu mogliśmy zobaczyć wszystko co dzieje się na korytarzu w prawo.
Justin darł się z całej siły na Kelsey.
-Jeszcze raz ją tkniesz, chociaż krzywo na nią popatrzysz, a cię zabije. Nie masz prawa jej grozić, kumasz to? Jesteś niczym w porównaniu do Hope i mam cie dosyć. Myślałem, że jesteś dobrą koleżanką z klasy, ale nigdy nie postrzegałem cię jak kogoś więcej. Nie masz prawa się do mnie i do niej zbliżać!
-A-ale Justin, ja myślałam, że...
-To źle myślałaś. -burknął cały czerwony.
-O boże. -szepnęłam do Jack'a. Ten zaczął się tylko śmiać, na co lekko uderzyłam  go w ramię. -Co jest takie zabawne?
-To jak bardzo podobasz się Justinowi. Nie dość, że ciągle o tobie gada, to teraz broni cię przed Kelsey.
-Ciągle o mnie gada? -spytałam, patrząc na niego jakby urwał się z psychiatryka.
Blondyn pokiwał głową i jeszcze raz spojrzał w kierunku pary.
-Wiesz Hope, gdy dowiedziałem się co jest twojej mamie, to od razu poprosiłem swoją mame, żeby do niej zadzwoniła.
-Skąd się tego dowiedziałeś? -spytałam zdzwiona. Może Justin mu powiedział? 
-Dyrektor ogłosił to na lekcjach, więc cała szkoła wie. -oznajmił.
No super. Nie chciałam, żeby ktokolwiek o tym wiedział, bo wszyscy zaczną mi współczuć, a ja tego nie chcę. Może Jack też robi to wszystko z współczucia?
-Nie chce niczyjej litości. -syknęłam.
-O co ci chodzi?
-O to, że wszyscy teraz będą mi współczuć, ale nikt nie będzie w stanie mi pomóc. Nikt. To wkurzające, że ludzie rzucają słowa na wiatr, ale nie robią nic w kierunku tego, żeby mi pomóc.
-Ja nie uratowałem cię z litości i nie gadam z tobą teraz z litości. -sprzeciwił się, odwracając wzrok w moją stronę. Mówił poważnie.
-Skoro nie, to po co to robisz?
-Wiem, że jesteś fajną dziewczyną. Od zawsze cię lubiłem, ale ty traktowałaś mnie jak wroga. Przecież nic ci nigdy nie zrobiłem. Nigdy się z ciebie nie śmiałem.
-Może tak, ale traktowałeś dziewczyny jak zabawki. Nie chciałam mieć nic wspólnego z twoją popularnością w szkole i w ogóle z tobą. Myślałam, że jesteś inny.
-Nigdy nie gadaliśmy normalnie, więc skąd takie coś sobie wymyśliłaś?
-N-nie wiem. -zająkałam się przez chwilę. Miał racje. Podejrzewałam, że jest płytki i egoistyczny, tymczasem nie był taki zły. W sumie spisałby się dobrze jako przyjaciel. -Chyba oceniłam książkę po okładce. -stwierdziłam. -Chyba powinnam cię przeprosić.
-Nie ma za co. -odparł z uśmiechem na ustach. -Jestem przyjacielem Justina, więc tak jakby twoim też. Można na mnie polegać, zobaczysz.
Mruknęłam coś pod nosem i znów spojrzałam w stronę Justina. Rozmawiali, tylko ciszej. Nic nie mogłam usłyszeć. Jack chyba też nie, ale nie mogliśmy się też pokazywać, więc znów musieliśmy się zająć sobą.
-Kompletnie nic nie słychać. -przyznał. -Słyszysz coś?
-Nic. -odpowiedziałam.
Postanowiliśmy w końcu usiąść pod ścianą i poczekać, aż rozmowa wreszcie się skończy. Chwilę jeszcze rozmawialiśmy. Głównie o mojej mamie i o tym jak się czuję, aż zza rogu wyłonił się chłopak. Przeczesał dłonią włosy i dopiero teraz zobaczył nas, siedzących z kolanami blisko przy ścianie, tuż obok siebie.
-Już okej? -spytałam po chwili ciszy, jaka między nami panowała.
-Tak. -odpowiedział. -A wy? Chyba się trochę polubiliście, co?
Oboje wymruczeliśmy jakieś niezrozumiałe słowa i we trójkę udaliśmy się do wyjścia.
Mój telefon niespokojnie zabuczał, więc wyjęłam go szybko z kieszeni i przyłożyłam do ucha.
-Tak?
-Dzień dobry, panno Richardson...z tej strony doktor Heavensbee. -stanęłam nieruchomo w miejscu, a żołądek mi się zacisnął.
-D-dzień dobry. Coś się stało?
-Pani matka, ona...
-Nie, nie umarła jeszcze teraz? Nie, prawda?
-Nie, ale podejrzewam, że to ostatnie godziny. Są już przerzuty na inne organy. Długo tak nie pociągnie. -powiedział z powagą, jednak przy ostatnim zdaniu jego głos zadrżał.
-W porządku, przyjadę jak najszybciej się da.
Rozłączając się pobiegłam do samochodu. Łzy zaczęły spływać mi po policzkach.
-Jedź do szpitala. Moja mama nie przeżyje już nawet paru godzin.
Justin popatrzył się na mnie zszokowany, ale od razu ruszył.
-Przecież miała mieć parę tygodni.
-Lekarz mówił coś o przerzutach na inne organy.