Hope.
-Co? -spytałam szybko, myśląc że się po prostu przesłyszałam. Ale czy można się przesłyszeć dwa razy?
Chłopak milczał. Chyba czekał na jakąś normalną odpowiedź. Myślał, że ją odzyska? Halo, czy tylko ja tutaj stoję pod ścianą?
Dobra, dobra Hope. Jesteś w nim zakochana, a teraz się zastanawiasz?
Oh zamknij się.
-Justin, ja...myślę, że...że tak. -schowałam swoją, od razu czerwoną twarz w rękaw bluzy.
Chłopak śmiejąc się, odsłonił moją twarz. -To dobrze, bo też bym to zrobił.
Uśmiechnęłam się, ale rumieniec nie zamierzał mi odpuszczać. Moje policzki aż paliły.
-Naprawdę?
-Czy nie to właśnie powiedziałem? Naprawdę Hope. -odparł zadowolony. -Wiesz, ja chyba...-podrapał się po karku. -Ja się chyba w tobie zakochałem.
O. Mój. Boże.
Justin Bieber, chłopak który mógłby mieć każdą laskę na świecie, który jest ideałem chłopaka się we mnie zakochał?
Trzymajcie mnie, bo zemdleje.
-Tak myślisz? -miałam zapytać normalnie, ale wyszedł z tego jakiś dziwny pisk.
Pokiwał głową zakłopotany. -Słuchaj, jeśli ty nie...
-Zamknij się. -odezwałam się w miarę normalnie. -Ja...też, tak myślę.
Justin otworzył szeroko oczy i chwilę się tak na mnie patrzył. -Czy to takie dziwne? -spytałam, już trochę zirytowana.
-N-nie no wręcz przeciwnie. Ja, chyba spodziewałem się innej odpowiedzi.
-A ta odpowiedź mogła być?
-Myślę, że jeszcze bardziej mnie zadowoliła. -uśmiechnął się szeroko, ukazując wszystkie swoje białe zęby.
Teraz zrobiło się jeszcze bardziej niezręcznie, niż wcześniej. Nie miałam pojęcia co mam właściwie robić. Czy mam poruszyć ręką, a może nogą? Jezu...co ja gadam?
-Zrobiłem ten projekt z angielskiego za nas. -powiedział spokojnie, ale w jego oczach nadal szalały iskry.
Podeszłam do niego i z całej siły się do niego przytuliłam. Był zdzwiony moją reakcją, ale odwzajemnił gest. -Dostaliśmy szóstki. -roześmiał się.
-Doskonale. -uśmiechnęłam się, patrząc mu znów w oczy.
Justin pochylił się lekko i złożył długi pocałunek na moich ustach. Pogłębiłam go, a on przywarł mną o ścianę. Jego ręce pokierowały się trochę niżej, tuż na mój krzyż, ja za to mogłam wyczuć jego umięśniony tors, tuż pod cienką bluzką. Czułam się tak dobrze. Tak inaczej.
Skończyliśmy pocałunek, gdy potrzebowaliśmy powietrza, uśmiechając się do siebie. Justin przygryzł seksownie wargę i wypowiedział:
-Myślę, że powinniśmy pojechać do szpitala, do twojej mamy. Na pewno jest na mnie zła, że tak długo nie przychodziłem.
-Justin, jestem pewna, że cię nie pamięta...błagam, nawet Kim nie kojarzy. -posłałam mu przepraszające spojrzenie.
-Zawsze warto zobaczyć, prawda?
-Prawda. -odparłam. -Ale może się przebierzesz?
Chłopak nie wyglądał źle w tych czerwonych szortach i czarnej koszulce z czerwonym numerkiem siedem. Moja ulubiona liczba.
-Oh, racja. Zaraz wracam.
-Poczekam przed wejściem do szoły. -poinformowałam chłopaka i wyszłam schodami na lewo z sali gimnastycznej. Dużo osób po meczu jeszcze szwędało się niepotrzebnie po szkole, ale nie obchodziło mnie to. Gdy już miałam wychodzić z budynku, czyjaś ręką zatrzymała mnie. Miałam nadzieję, że to Justin, ale nie. To nie był on.
-Ał, to boli. -pisnęłam. -Kelsey?
Kelsey to była Jack'a. Bardzo płytka dziewczyna, która ma wszystko. Dosłownie wszystko.
-A jak widzisz? -syknęła nieprzyjemnie.
-Możesz mnie zostawić? Co ja ci zrobiłam? -w końcu wyrwałam rękę z silnego uścisku blondynki.
-Posłuchaj mnie uważnie, okej? Masz się trzymać z daleka od Justina. On jest mój i tylko mój. Jeśli jeszcze raz się do niego zbliżysz to pożałujesz...jak tam mamusia? Ojejku, czyżby ona umierała?
Wytrzeszczyłam szeroko oczy. Okej...ta dziewczyna była nienormalna, ale nigdy nie była groźna.
-Nie zachowujesz się normalnie, Kelsey. Daj spokój, okej?
-Nie, to ty daj sobie spokój! Po prostu trzymaj się z daleka od Justina, rozumiesz?
-Nie mogę ci obiecać czegoś, czego nie dotrzymam. -uśmiechnęłam się do niej sztucznie, na co ona mnie spoliczkowała. Mój policzek zaczął palić.
-Zwariowałaś? Kelsey! Oszalałaś.
Ta przypchnęła mnie do ściany i próbowała udusić, ale widać jej rozum nie współgra z ciałem.
-Zamknij się suko. -syknęła. -Masz mi to obiecać, teraz!
-Kelsey? -zza jej pleców dobiegł jeszcze jeden głos. Justin? Nie, chyba nie.
Ktoś odciągnął dziewczynę ode mnie i popchnął ją daleko w korytarz na szafki pierwszoklasistów. Odetchnęłam głęboko i spojrzałam w górę.
-Jack?
sobota, 25 stycznia 2014
piątek, 24 stycznia 2014
-13-
Hope.
Usiedliśmy zaraz w drugim rzędzie, ponieważ pierwszy był już zajęty. Kim coraz bardziej się podniecała, chociaż tak naprawdę nie było czym. Ja nawet straciłam chęć przebywania tu, ale Brad zmusił mnie, żebym jak on to mówi "siedziała na dupie", więc sami widzicie...nie miałam za sporego wyjścia.
-Myślę, że mecz się za chwilę zacznie. -odparł chłopak, owijając mnie swoim ramieniem. Od razu zrzuciłam rękę i popatrzyłam na niego z ukosa. -No co...to miała być randka, tak? -jego brwi poruszały się, jakby tańczyły salse.
-To. Nie. Jest. Randka. -robiłam przerwy między wyrazami, jak to ma w zwyczaju robić Kim.
-Wiem to, ale cudownie jest cię czasem powkurzać. -zarechotał, dając mi kuksańca w żebra.
-Jeśli próbujesz być zabawny, to ci nie wychodzi. -syknęłam, odwracając wzrok.
Na salę wbiegli zawodnicy, robiąc przy tym wielki szum na widowni. Wszyscy zaczęli klaskać i dopingować, jak tylko mogli. Dojrzałam tam Tysona- mojego kolegę z chemii, z którym zawsze robię wszystkie doświadczenia, bo jest mega śmieszny, a tuż obok niego stał Justin. Wszyscy mieli na sobie te same stroje, ale tylko on wyglądał w nim właśnie tak, jak powinien...
Co? Co to ma w ogóle znaczyć Hope?
Nasi i przeciwni zawodnicy podali sobie dłonie i zaczęła się gra. Pierwszy rzut, nazywany wsadem zaliczył Jack. Oh tak...puliczność szalała. Drugi rzut Tyson, a trzeci Justin, zarabiając przy tym aż sześć punktów. Byłam z niego dumna...to znaczy z nich wszystkich. Świetnie współpracowali.
W końcu nastąpiła przerwa i Kim wpadła na dość oryginalny pomysł.
-Ej Hope, pójdźmy się przywitać z Justinem. -jęknęła tonem, który błagał o pozwolenie.
-Nie, wykluczone Kim. On jest zajęty...nie ma mowy.
-Ale Hope, teraz jest akurat przerwa, a przerwy są właśnie po to, żeby porozmawiać z zawodnikami. -gestykulowała dziwnie rękoma.
-Nie. Przerwy są po to, żeby zawodnicy mogli odpocząć, a Justin właśnie to robi, więc nie wolno mu przeszkadzać.
-Jeśli coś, to ja mogę pójść z Kim. -zaproponował Brad. -Jeśli wymiękasz. -mrugnął.
Ugh, co za ludzie.
-Okej Kim, ale tylko na chwile. -sapnęłam, wstając z krzesła. -Tylko na chwile. -powtarzałam jej, dopóki nie zeszłyśmy po schodach. Wtedy byłam autentycznie martwa. Ręce nieprzyjemnie mi się spociły, więc puściłam blondynke, która od razu podbiegła do Justina.
O rany, co za wtopa. Tylko nie wymiękaj Hope. Będzie dobrze.
Podeszłam do Justina, przy którym stał też Tyson, który na szczęście wywabił mnie z opresji.
-Hej chicka. -tak właśnie mnie nazywał na chemii. -Cieszę się, że wpadłaś na mecz.
Uśmiechnęłam się do niego promiennie.
-Hej Tyson. Ja też się ciesze...wiesz, dosyć długo nie pojawiałam się w szkole.
-Tak, słyszałem o twojej mamie. Jeśli mógłbym jakoś pomóc...
-Nie Ty, spokojnie. -machnęłam ręką. -Niedługo znów będę w szkole, a wtedy znowu będziesz mógł mnie oblewać kwasami.
Chłopak parsknął śmiechem, na co i ja krótko zachichotałam.
-Wy się znacie? -spytał, zwracając się do nas Justin.
-Pewnie. -przytaknął Tyson z dziwnym uśmieszkiem na twarzy. -Siedzimy razem na chemii.
Justin ściągnął usta i poprosił Ty'a, żeby na chwilę zostawił nas samych.
-Nawet się ze mną nie przywitałaś. -zauważył chłopak, odkładając Kim na ziemię. Pewnie była za ciężka.
-Hej. -uśmiechnęłam się lekko.
Zignorował to i ciągnął dalej. -Jak twoja mama?
-Dziś do niej nie poszłam, ale coraz gorzej. Zapomina większości ludzi, nawet Kim nie kojarzy...jest...jest ciężko. -potarłam ramiona, próbując się nie ropłakać.
Justin rozłożył ramiona, w które od razu i bez wachania weszłam i mocno się do niego przytuliłam. Potarł lekko moje plecy, szepcząc mi do ucha:
-Zostaniesz do końca meczu?
-T-tak, chyba tak. -zająkałam się przez chwilę.
-Wtedy moglibyśmy dłużej pogadać, bo chciałbym ci o czymś powiedzieć.
-Okej, poczekam. -odparłam, jeszcze raz go tuląc.
W końcu po sali rozległ się długi i dosyć głośny dźwięk, który mówił, że mecz znów się zaczyna. Pożegnałam się z chłopakiem i razem z Kim wróciłyśmy na swoje miejsca.
-Lepiej ci już? -spytał Brad, jak zwykle się szczerząc.
-Lepiej.
~*~
-Gdzie Kim? -spytał, już po skończonym meczu. Teraz byliśmy zupełnie sami na sali.
-Z Brad'em. Nie chciałam, żeby nam przeszkadzała.
Chłopak przytaknął i usiadł tuż obok mnie.
-Wiesz...strasznie cię przepraszam za tamto. -zaczęłam nieśmiało.
-Już mówiłem, że się nie gniewam. Po prostu wkurzyło mnie to, że w pewnym sensie miałaś rację. Zająłem się nauką i jestem ci wdzięczny, że wtedy mnie wygoniłaś. Miałem spore tyły. -odparł z lekkim uśmieszkiem.
Nadal byłam spięta. -To o tym chciałeś rozmawiać?
-Nie do końca. Żałujesz tego?
-Czego? -zmarszczyłam lekko brwi, bo teraz nie miałam pojęcia o czym on mówi.
-Że mnie pocałowałaś. -wyjaśnił, szczerze patrząc mi się w oczy.
Oczywiście, że nie Justin! Miałam teraz dziką nadzieję, że poprosisz mnie, żebym była twoją dziewczyną.
-Ja n-nie wiem.
-A zrobiłabyś to jeszcze raz?
Usiedliśmy zaraz w drugim rzędzie, ponieważ pierwszy był już zajęty. Kim coraz bardziej się podniecała, chociaż tak naprawdę nie było czym. Ja nawet straciłam chęć przebywania tu, ale Brad zmusił mnie, żebym jak on to mówi "siedziała na dupie", więc sami widzicie...nie miałam za sporego wyjścia.
-Myślę, że mecz się za chwilę zacznie. -odparł chłopak, owijając mnie swoim ramieniem. Od razu zrzuciłam rękę i popatrzyłam na niego z ukosa. -No co...to miała być randka, tak? -jego brwi poruszały się, jakby tańczyły salse.
-To. Nie. Jest. Randka. -robiłam przerwy między wyrazami, jak to ma w zwyczaju robić Kim.
-Wiem to, ale cudownie jest cię czasem powkurzać. -zarechotał, dając mi kuksańca w żebra.
-Jeśli próbujesz być zabawny, to ci nie wychodzi. -syknęłam, odwracając wzrok.
Na salę wbiegli zawodnicy, robiąc przy tym wielki szum na widowni. Wszyscy zaczęli klaskać i dopingować, jak tylko mogli. Dojrzałam tam Tysona- mojego kolegę z chemii, z którym zawsze robię wszystkie doświadczenia, bo jest mega śmieszny, a tuż obok niego stał Justin. Wszyscy mieli na sobie te same stroje, ale tylko on wyglądał w nim właśnie tak, jak powinien...
Co? Co to ma w ogóle znaczyć Hope?
Nasi i przeciwni zawodnicy podali sobie dłonie i zaczęła się gra. Pierwszy rzut, nazywany wsadem zaliczył Jack. Oh tak...puliczność szalała. Drugi rzut Tyson, a trzeci Justin, zarabiając przy tym aż sześć punktów. Byłam z niego dumna...to znaczy z nich wszystkich. Świetnie współpracowali.
W końcu nastąpiła przerwa i Kim wpadła na dość oryginalny pomysł.
-Ej Hope, pójdźmy się przywitać z Justinem. -jęknęła tonem, który błagał o pozwolenie.
-Nie, wykluczone Kim. On jest zajęty...nie ma mowy.
-Ale Hope, teraz jest akurat przerwa, a przerwy są właśnie po to, żeby porozmawiać z zawodnikami. -gestykulowała dziwnie rękoma.
-Nie. Przerwy są po to, żeby zawodnicy mogli odpocząć, a Justin właśnie to robi, więc nie wolno mu przeszkadzać.
-Jeśli coś, to ja mogę pójść z Kim. -zaproponował Brad. -Jeśli wymiękasz. -mrugnął.
Ugh, co za ludzie.
-Okej Kim, ale tylko na chwile. -sapnęłam, wstając z krzesła. -Tylko na chwile. -powtarzałam jej, dopóki nie zeszłyśmy po schodach. Wtedy byłam autentycznie martwa. Ręce nieprzyjemnie mi się spociły, więc puściłam blondynke, która od razu podbiegła do Justina.
O rany, co za wtopa. Tylko nie wymiękaj Hope. Będzie dobrze.
Podeszłam do Justina, przy którym stał też Tyson, który na szczęście wywabił mnie z opresji.
-Hej chicka. -tak właśnie mnie nazywał na chemii. -Cieszę się, że wpadłaś na mecz.
Uśmiechnęłam się do niego promiennie.
-Hej Tyson. Ja też się ciesze...wiesz, dosyć długo nie pojawiałam się w szkole.
-Tak, słyszałem o twojej mamie. Jeśli mógłbym jakoś pomóc...
-Nie Ty, spokojnie. -machnęłam ręką. -Niedługo znów będę w szkole, a wtedy znowu będziesz mógł mnie oblewać kwasami.
Chłopak parsknął śmiechem, na co i ja krótko zachichotałam.
-Wy się znacie? -spytał, zwracając się do nas Justin.
-Pewnie. -przytaknął Tyson z dziwnym uśmieszkiem na twarzy. -Siedzimy razem na chemii.
Justin ściągnął usta i poprosił Ty'a, żeby na chwilę zostawił nas samych.
-Nawet się ze mną nie przywitałaś. -zauważył chłopak, odkładając Kim na ziemię. Pewnie była za ciężka.
-Hej. -uśmiechnęłam się lekko.
Zignorował to i ciągnął dalej. -Jak twoja mama?
-Dziś do niej nie poszłam, ale coraz gorzej. Zapomina większości ludzi, nawet Kim nie kojarzy...jest...jest ciężko. -potarłam ramiona, próbując się nie ropłakać.
Justin rozłożył ramiona, w które od razu i bez wachania weszłam i mocno się do niego przytuliłam. Potarł lekko moje plecy, szepcząc mi do ucha:
-Zostaniesz do końca meczu?
-T-tak, chyba tak. -zająkałam się przez chwilę.
-Wtedy moglibyśmy dłużej pogadać, bo chciałbym ci o czymś powiedzieć.
-Okej, poczekam. -odparłam, jeszcze raz go tuląc.
W końcu po sali rozległ się długi i dosyć głośny dźwięk, który mówił, że mecz znów się zaczyna. Pożegnałam się z chłopakiem i razem z Kim wróciłyśmy na swoje miejsca.
-Lepiej ci już? -spytał Brad, jak zwykle się szczerząc.
-Lepiej.
~*~
-Gdzie Kim? -spytał, już po skończonym meczu. Teraz byliśmy zupełnie sami na sali.
-Z Brad'em. Nie chciałam, żeby nam przeszkadzała.
Chłopak przytaknął i usiadł tuż obok mnie.
-Wiesz...strasznie cię przepraszam za tamto. -zaczęłam nieśmiało.
-Już mówiłem, że się nie gniewam. Po prostu wkurzyło mnie to, że w pewnym sensie miałaś rację. Zająłem się nauką i jestem ci wdzięczny, że wtedy mnie wygoniłaś. Miałem spore tyły. -odparł z lekkim uśmieszkiem.
Nadal byłam spięta. -To o tym chciałeś rozmawiać?
-Nie do końca. Żałujesz tego?
-Czego? -zmarszczyłam lekko brwi, bo teraz nie miałam pojęcia o czym on mówi.
-Że mnie pocałowałaś. -wyjaśnił, szczerze patrząc mi się w oczy.
Oczywiście, że nie Justin! Miałam teraz dziką nadzieję, że poprosisz mnie, żebym była twoją dziewczyną.
-Ja n-nie wiem.
-A zrobiłabyś to jeszcze raz?
czwartek, 23 stycznia 2014
-12-
Hope.
Przez parę dni nic specjalnego się nie wydarzyło. Justin się do nas nie odzywał, ani nie pokazywał w szpitalu. Sophie musiała chodzić do szkoły, więc rzadko ją już widywałam. Brad ciągle z nami siedział. Był w dobrej sytuacji, bo teraz czekał na odpowiedź z jakichś uczelni, czyli miał tak jakby wakacje. Moja rodzina...hmm, no cóż. Powiedzieli, że będą tu wpadać od czasu do czasu, ale bądźmy szczerzy...nie przyjdą już tutaj. Może na pogrzeb się pofatygują. Mój tato wszystko już pogodził. On również musiał chodzić do pracy, ale w każdej wolnej przerwie, czy od razu po pracy ładował się w samochód i jechał do mamy. Załatwił nam z Kim też zwolnienia ze szkoły, aż do Świąt, bo przypuszczał, że nie mamy teraz ochoty do niej chodzić. Później będę przejmować się zaliczeniem tego wszystkiego.
Jeśli chodzi natomiast o mamę, to tak jak z przypuszczeniem lekarzy, z każdym dniem pamiętała coraz mniej. Była coraz mniej samodzielna, wyglądała jak trup. Ten widok był dla naszej trójki szokiem, którego nigdy się nie pozbędziemy, ale postanowiłam sobie, że nie będę płakać...więc nie mam zamiaru.
-Hope? Przynieść ci kawy?
-Gdybyś mogł, Brad. -odparłam odrywając się od myśli.
-Zaraz wracam. -rzucił jako ostanie słowa i zniknął na końcu korytarza. Ja natomiast siedziałam nieruchomo na krześle, patrząc co jakiś czas, czy Kim nie zasnęła. Było już po dwunastej, więc powinnam była już stąd iść, ale dziś naprawdę nie chciałam wracać do domu.
Po jakimś czasie Brad wrócił z dwoma kubkami, gorącej cieczy i wręczył mi jeden z nich. -Wiesz Hope...chyba zawiozę cię już do domu, co? Jest już po północy.
-Nie wiem Brad, nie chcę dzisiaj tam wracać.
-Musisz się wyspać, Kim też. Wrócicie jutro, daj spokój.
Przytaknęłam w końcu niechętnie i po wypiciu trunku ruszyliśmy do domu.
Usiadłam wygodnie w fotelu terenowego samochodu Brad'a i nieco się rozuźniłam. Zapięłam zręcznie pasy i czekałam na chłopaka. Posadził prawie nieprzytomną od bezsenności Kim na fotelu i ją zapiął, po czym usiadł na swoim, stałym miejscu i odpalił silnik wozu.
-Brad...jestem ci wdzięczna za wszystko. -odparłam, bez żadnych ogródek. Coraz bardziej zaczynałam go lubić i było mi głupio, że wcześniej miałam do niego taki dystans, bo w rzeczywistości to super chłopak.
-Nie ma sprawy, Hope. -machnął ręką i włączył radio. W głośnikach rozbrzmiały pierwsze nuty jednej z moich ulubionych piosenek. Jęknęłam cicho i zaczęłam śpiewać razem z radiem.
Brad cicho się zaśmiał i też zaczął nucić utwór.
-Znasz to? -spytałam, na chwilę na niego zerkając.
-Hope, to jest Radioactive, każdy to zna. -odparł, ściągając brwi.
-No tak. -uśmiechnęłam się, co od paru dni było rzadkością.
-Masz jakieś wieści od Justina? -spytał, po paru sekundach przytłaczającej nas ciszy. -Wiesz...serio go polubiłem, ale teraz go prawie nie widuje. Coś się stało?
Wywróciłam oczami. Jasne, że się stało
-Tak jakby mu powiedziałam, że ma swoje życie. -westchnęłam, patrząc w okno.
-Zbyt pochopnie wszystko robisz. -stwierdził szybko. Jezu no dzięki za szczerość.
-Myślisz, że źle zrobiłam?
-Pomyślmy...chłopak, którego znasz parę dni, robi wszystko, dosłownie wszystko, by cię jakoś pocieszyć. Zajmuje się twoją siostrą, robi wam śniadanie, spędza z wami kilka dni i nocy, nawet nie wracając na moment do domu, a ty mu mówisz, że ma swoje życie...nie uważasz, że on o tym wiedział? Po prostu mu na tobie cholernie zależało, Hope.
-Ale Brad, on dopiero zaczął szkołę w NYC, i zamiast jakoś wszystko nadrobić, cokolwiek, to siedział z nami. -powiedziałam nonszalancko.
-I nadal uważasz, że mu na tobie nie zależało? Ryzykował tyle rzeczy, tylko po to, żebyś przez chwilę nie była sama z tym wszystkim. -próbował wyjaśnić. -A ty no tak jakby go wygoniłaś.
Hope, on ma racje, ma cholerną racje.
-Nienawidzę cię. -syknęłam zdenerwowana.
-A można wiedzieć chociaż czemu? -o dziwo jego ton był rozbawiony. Chyba wiedział, że nie mówię serio.
-Bo zawsze masz rację. -na moją twarz wstąpił grymas. -Dosłownie zawsze. -jęknęłam.
-Przepraszam? -roześmiał się.
Skrzyżowałam ręce na piersi wytykając do niego język.
-A wiesz co Hope? Ja za to cię bardzo lubię. Uważam, że jesteś bardzo odważna i niezwykle sympatyczna.
-Nie Brad, w ogóle nie słychać tutaj sarkazmu. -rzuciłam od niechcenia.
Chłopak tylko parsknął śmiechem i już się nie odzywał. Chyba po prostu miał, jak na dziś, dosyć rozmowy ze mną.
~*~
Znów do moich uszu dobiegł krzyk. Wybiegłam pędem z pokoju i pokierowałam się od razu do pokoju Kim.
Wbiegłam przerażona. Moja siostra tym razem miotała się po łóżku jak opętana. Podeszłam już spokojniej i obudziłam ją lekkim szturchnięciem. Ta od razu wpadła mi w ramiona, mocno ściskając.
-Kim, ciiii, spokojnie. -szepnęłam. -To był tylko sen.
-Ale Hope, oni chcieli cię zabić. Ciebie i tatę. Dwóch zakapturzonych mężczyzn, oni chcieli, żebym była sama. -sapała przerażona, z nieprzytomnym wzrokiem.
To nawet dla mnie było przerażające.
-Kim, to był tylko sen...jestem tutaj, tata jest u siebie w pokoju. Wszystko jest okej, Kim. Jak zawsze. -masowałam ją delikatnie po plecach.
-Hope?
-Hm?
-Mogłabyś spać dzisiaj ze mną? Tak strasznie się boję. -mówiła, prawie że błagalnym tonem.
-Oczywiście aniołku.
Ułożyłam się tuż obok niej, nadal ją tuląc. -Wszystko będzie dobrze, tak długo, jak jesteśmy razem Kim. Nikt nas nie rozdzieli, bo jesteśmy siostrami. Najlepszymi siostrami.
-Wiem o tym Hope. -szepnęła, i mogłm poczuć, że się uśmiecha.
-We always be together, dont you worry...-zanuciłam sobie i również zasnęłam.
~*~
-Trzymajcie się, okej? -tata ucałował mnie w czoło, a Kim obrócił na rękach. -Dzisiaj pracuje do późna, więc zobaczymy się dopiero w domu.
-Okej tato, trzymaj się i bądź ostrożny. -pomachałam mu i zamknęłam za nim drzwi.
Westchnęłam głęboko, widząc minę mojej siostry. Była zmęczona i smutna.
-Kim, co byś powiedziała na mecz? -spytałam blondynkę, podchodząc bliżej niej.
-Mecz?
-Dzisiaj, w mojej szkole, o trzeciej. Idziemy?
-A mama?
-Potrzeba nam trochę odpoczynku...trochę powietrza. Ciągle jeździmy w tą i z powrotem ze szpitala i do szpitala. Jak chcesz, Brad może z nami pojechać. -zaproponowałam szybko.
-O-okej. -uśmiechnęła się lekko. -Ubiorę na siebie tą ładną sukienkę w groszki. -zagruchała pogodnie.
Ona od zawsze kochała się ubierać jak księżniczka, jej szafa pękała w szwach od przeróżnych sukienek. To trochę dziwne, że nawet na zwykły mecz, musiała się tak ubrać. Cóż...te dwunastolatki, nikt ich nie pojmie.
Gdy Kim zakładała na siebie strój, skorzystałam z okazji i zadzwoniłam do Brad'a.
-Hej Hope. -przywitał się.
-Hej. Mam do ciebie prośbę.
-Zawieźć was do szpitala? -spytał, uprzedzając mnie.
-Nie, nie tym razem. Chcę, żebyś pojechał ze mną i z Kim na mecz w mojej szkole.
-Czy ty właśnie...proponujesz mi randkę? -zanucił, swoim wkurzającym głosem i zaczął się śmiać.
-Nie, to nie randka idioto! Po prostu potrzebuje kogoś, kto mnie tam zawiezie, a jeśli nie chcesz z nami iść, to okej. -odparłam zirytowana.
-Kto powiedział, że nie chcę?
Nie odezwałam się.
-Okej, to o której mam być? -spytał znowu, nadal rozbawiony. Boże, ten człowiek śmieje się więcej przez jeden dzień, niż ja przez tydzień.
-Za 10 minut.
-Okej.
Rozłączyłam się i przeczesałam ręką włosy, przez to jak bardzo było to frustrujące.
Ja też postanowiłam zmienić swój strój, na bardziej odpowiedni na mecz. Założyłam na siebie moje ulubione, obcisłe dżinsy i koszulkę z symbolem drużyny szkoły, a na to włożyłam szarą bluzę z Hollister z białym "H" na przodzie. Na nogi włożyłam moje ulubione skarpetki z wzorkami i czarne buty Emu.
Włosy pozostawiłam takie jakie są, jedynie je uczesałam, a na twarz nałożyłam trochę korektoru, żeby zakryć wszystko niedoskonałości. Wyglądałam o dziwo dobrze, a lekki makijaż, który zrobiłam sobie rano jeszcze się trzymał, więc byłam gotowa.
Przeszłam do pokoju mojej siostry, gdzie ta kręciła się w kółko, patrząc jak jej sukienka wiruje na wietrze. Oh, ona czasami zachowywała się jak dziecko, a miała już 12 lat!
-I co Hope? Ładnie wyglądam? -zatrzymała się w końcu ukazując co ma na sobie.
Jej czarno-biała sukienka była przewiązana czerwoną wstążką, przez co pasowała do jej czerwonych balerinek, które miała na stopach. Na jej chudych ramionach założony był czarny sweterek, który świetnie dopełniał cały strój. Włosy opadały jej kaskadami na plecach, przez co wydawała się o wiele starsza, niż w rzeczywistości była.
Uśmiechnęłam się do niej. -Wyglądasz pięknie, aniołku. -zagruchałam przytulając ją od tyłu, tak żebyśmy obydwie patrzyły w lustro na jej szafie.
-Ty jesteś piękniejsza. -grymas wstąpił na jej twarz. -Tylko zobacz...nawet w zwykłej bluzie i Emu wyglądasz lepiej niż ja.
Zdziwiłam się, że tak nisko wierzyła w samą siebie.
-Co ty wygadujesz? Jesteś najpiękniejszą dziewczynką jaką znam, wiesz? Nie widziałam jeszcze ładniejszej niż ty. -poprawiłam kokardkę na jej krzyżu.
-Ja widziałam. -odparła nonszalancko. -Właśnie stoi obok mnie i próbuje mi wmówić, że jestem ładna. -skrzyżowała ręce na piersi.
-Odwołaj to...-powiedziałam surowo
-Bo co?
-Bo.....to! -rzuciłam się na nią, łaskocząc po brzuchu. Mała nie mogła złapać oddechu, bo tak się śmiała.
-J-już dobrze...Hope!
-Odwołaj to, co powiedziałaś!
Przełknęłam ślinę, próbując coś powiedzieć. -O-odwołuje t-to!
Od razu ją puściłam, zadowolona z tego co zrobiłam.
-Dasz mi się jakoś uczesać? -spytałam po chwili.
-Mhm. -mruknęła, siadając na krzesło. -Zrób mi warkocza.
Tak jak mi kazano, zaplotłam ślicznego warkocza od czubka jej głowy i głośno westchnęłam. -Jesteś gotowa.
-W samą porę. -wyczułam jakiś inny głos w pomieszczeniu i zobaczyłam Brad'a. Uśmiechnął się do nas, a potem Kim się na niego rzuciła, ściskając.
-Kim, proszę cie. Nie widziałaś mnie tylko parę godzin. -mówił tonem, jakby się dusił.
Zachichotałam cicho i pociągnęłam ich na dół. Założyłam swoją kurtkę khaki i poprawiłam włosy w lustrze. Brad zapiął jaskrawą kurtkę Kim do końca, jak i również swoją i wyszliśmy z domu.
Mam nadzieję, że spotkam tam Justina.
Przez parę dni nic specjalnego się nie wydarzyło. Justin się do nas nie odzywał, ani nie pokazywał w szpitalu. Sophie musiała chodzić do szkoły, więc rzadko ją już widywałam. Brad ciągle z nami siedział. Był w dobrej sytuacji, bo teraz czekał na odpowiedź z jakichś uczelni, czyli miał tak jakby wakacje. Moja rodzina...hmm, no cóż. Powiedzieli, że będą tu wpadać od czasu do czasu, ale bądźmy szczerzy...nie przyjdą już tutaj. Może na pogrzeb się pofatygują. Mój tato wszystko już pogodził. On również musiał chodzić do pracy, ale w każdej wolnej przerwie, czy od razu po pracy ładował się w samochód i jechał do mamy. Załatwił nam z Kim też zwolnienia ze szkoły, aż do Świąt, bo przypuszczał, że nie mamy teraz ochoty do niej chodzić. Później będę przejmować się zaliczeniem tego wszystkiego.
Jeśli chodzi natomiast o mamę, to tak jak z przypuszczeniem lekarzy, z każdym dniem pamiętała coraz mniej. Była coraz mniej samodzielna, wyglądała jak trup. Ten widok był dla naszej trójki szokiem, którego nigdy się nie pozbędziemy, ale postanowiłam sobie, że nie będę płakać...więc nie mam zamiaru.
-Hope? Przynieść ci kawy?
-Gdybyś mogł, Brad. -odparłam odrywając się od myśli.
-Zaraz wracam. -rzucił jako ostanie słowa i zniknął na końcu korytarza. Ja natomiast siedziałam nieruchomo na krześle, patrząc co jakiś czas, czy Kim nie zasnęła. Było już po dwunastej, więc powinnam była już stąd iść, ale dziś naprawdę nie chciałam wracać do domu.
Po jakimś czasie Brad wrócił z dwoma kubkami, gorącej cieczy i wręczył mi jeden z nich. -Wiesz Hope...chyba zawiozę cię już do domu, co? Jest już po północy.
-Nie wiem Brad, nie chcę dzisiaj tam wracać.
-Musisz się wyspać, Kim też. Wrócicie jutro, daj spokój.
Przytaknęłam w końcu niechętnie i po wypiciu trunku ruszyliśmy do domu.
Usiadłam wygodnie w fotelu terenowego samochodu Brad'a i nieco się rozuźniłam. Zapięłam zręcznie pasy i czekałam na chłopaka. Posadził prawie nieprzytomną od bezsenności Kim na fotelu i ją zapiął, po czym usiadł na swoim, stałym miejscu i odpalił silnik wozu.
-Brad...jestem ci wdzięczna za wszystko. -odparłam, bez żadnych ogródek. Coraz bardziej zaczynałam go lubić i było mi głupio, że wcześniej miałam do niego taki dystans, bo w rzeczywistości to super chłopak.
-Nie ma sprawy, Hope. -machnął ręką i włączył radio. W głośnikach rozbrzmiały pierwsze nuty jednej z moich ulubionych piosenek. Jęknęłam cicho i zaczęłam śpiewać razem z radiem.
Brad cicho się zaśmiał i też zaczął nucić utwór.
-Znasz to? -spytałam, na chwilę na niego zerkając.
-Hope, to jest Radioactive, każdy to zna. -odparł, ściągając brwi.
-No tak. -uśmiechnęłam się, co od paru dni było rzadkością.
-Masz jakieś wieści od Justina? -spytał, po paru sekundach przytłaczającej nas ciszy. -Wiesz...serio go polubiłem, ale teraz go prawie nie widuje. Coś się stało?
Wywróciłam oczami. Jasne, że się stało
-Tak jakby mu powiedziałam, że ma swoje życie. -westchnęłam, patrząc w okno.
-Zbyt pochopnie wszystko robisz. -stwierdził szybko. Jezu no dzięki za szczerość.
-Myślisz, że źle zrobiłam?
-Pomyślmy...chłopak, którego znasz parę dni, robi wszystko, dosłownie wszystko, by cię jakoś pocieszyć. Zajmuje się twoją siostrą, robi wam śniadanie, spędza z wami kilka dni i nocy, nawet nie wracając na moment do domu, a ty mu mówisz, że ma swoje życie...nie uważasz, że on o tym wiedział? Po prostu mu na tobie cholernie zależało, Hope.
-Ale Brad, on dopiero zaczął szkołę w NYC, i zamiast jakoś wszystko nadrobić, cokolwiek, to siedział z nami. -powiedziałam nonszalancko.
-I nadal uważasz, że mu na tobie nie zależało? Ryzykował tyle rzeczy, tylko po to, żebyś przez chwilę nie była sama z tym wszystkim. -próbował wyjaśnić. -A ty no tak jakby go wygoniłaś.
Hope, on ma racje, ma cholerną racje.
-Nienawidzę cię. -syknęłam zdenerwowana.
-A można wiedzieć chociaż czemu? -o dziwo jego ton był rozbawiony. Chyba wiedział, że nie mówię serio.
-Bo zawsze masz rację. -na moją twarz wstąpił grymas. -Dosłownie zawsze. -jęknęłam.
-Przepraszam? -roześmiał się.
Skrzyżowałam ręce na piersi wytykając do niego język.
-A wiesz co Hope? Ja za to cię bardzo lubię. Uważam, że jesteś bardzo odważna i niezwykle sympatyczna.
-Nie Brad, w ogóle nie słychać tutaj sarkazmu. -rzuciłam od niechcenia.
Chłopak tylko parsknął śmiechem i już się nie odzywał. Chyba po prostu miał, jak na dziś, dosyć rozmowy ze mną.
~*~
Znów do moich uszu dobiegł krzyk. Wybiegłam pędem z pokoju i pokierowałam się od razu do pokoju Kim.
Wbiegłam przerażona. Moja siostra tym razem miotała się po łóżku jak opętana. Podeszłam już spokojniej i obudziłam ją lekkim szturchnięciem. Ta od razu wpadła mi w ramiona, mocno ściskając.
-Kim, ciiii, spokojnie. -szepnęłam. -To był tylko sen.
-Ale Hope, oni chcieli cię zabić. Ciebie i tatę. Dwóch zakapturzonych mężczyzn, oni chcieli, żebym była sama. -sapała przerażona, z nieprzytomnym wzrokiem.
To nawet dla mnie było przerażające.
-Kim, to był tylko sen...jestem tutaj, tata jest u siebie w pokoju. Wszystko jest okej, Kim. Jak zawsze. -masowałam ją delikatnie po plecach.
-Hope?
-Hm?
-Mogłabyś spać dzisiaj ze mną? Tak strasznie się boję. -mówiła, prawie że błagalnym tonem.
-Oczywiście aniołku.
Ułożyłam się tuż obok niej, nadal ją tuląc. -Wszystko będzie dobrze, tak długo, jak jesteśmy razem Kim. Nikt nas nie rozdzieli, bo jesteśmy siostrami. Najlepszymi siostrami.
-Wiem o tym Hope. -szepnęła, i mogłm poczuć, że się uśmiecha.
-We always be together, dont you worry...-zanuciłam sobie i również zasnęłam.
~*~
-Trzymajcie się, okej? -tata ucałował mnie w czoło, a Kim obrócił na rękach. -Dzisiaj pracuje do późna, więc zobaczymy się dopiero w domu.
-Okej tato, trzymaj się i bądź ostrożny. -pomachałam mu i zamknęłam za nim drzwi.
Westchnęłam głęboko, widząc minę mojej siostry. Była zmęczona i smutna.
-Kim, co byś powiedziała na mecz? -spytałam blondynkę, podchodząc bliżej niej.
-Mecz?
-Dzisiaj, w mojej szkole, o trzeciej. Idziemy?
-A mama?
-Potrzeba nam trochę odpoczynku...trochę powietrza. Ciągle jeździmy w tą i z powrotem ze szpitala i do szpitala. Jak chcesz, Brad może z nami pojechać. -zaproponowałam szybko.
-O-okej. -uśmiechnęła się lekko. -Ubiorę na siebie tą ładną sukienkę w groszki. -zagruchała pogodnie.
Ona od zawsze kochała się ubierać jak księżniczka, jej szafa pękała w szwach od przeróżnych sukienek. To trochę dziwne, że nawet na zwykły mecz, musiała się tak ubrać. Cóż...te dwunastolatki, nikt ich nie pojmie.
Gdy Kim zakładała na siebie strój, skorzystałam z okazji i zadzwoniłam do Brad'a.
-Hej Hope. -przywitał się.
-Hej. Mam do ciebie prośbę.
-Zawieźć was do szpitala? -spytał, uprzedzając mnie.
-Nie, nie tym razem. Chcę, żebyś pojechał ze mną i z Kim na mecz w mojej szkole.
-Czy ty właśnie...proponujesz mi randkę? -zanucił, swoim wkurzającym głosem i zaczął się śmiać.
-Nie, to nie randka idioto! Po prostu potrzebuje kogoś, kto mnie tam zawiezie, a jeśli nie chcesz z nami iść, to okej. -odparłam zirytowana.
-Kto powiedział, że nie chcę?
Nie odezwałam się.
-Okej, to o której mam być? -spytał znowu, nadal rozbawiony. Boże, ten człowiek śmieje się więcej przez jeden dzień, niż ja przez tydzień.
-Za 10 minut.
-Okej.
Rozłączyłam się i przeczesałam ręką włosy, przez to jak bardzo było to frustrujące.
Ja też postanowiłam zmienić swój strój, na bardziej odpowiedni na mecz. Założyłam na siebie moje ulubione, obcisłe dżinsy i koszulkę z symbolem drużyny szkoły, a na to włożyłam szarą bluzę z Hollister z białym "H" na przodzie. Na nogi włożyłam moje ulubione skarpetki z wzorkami i czarne buty Emu.
Włosy pozostawiłam takie jakie są, jedynie je uczesałam, a na twarz nałożyłam trochę korektoru, żeby zakryć wszystko niedoskonałości. Wyglądałam o dziwo dobrze, a lekki makijaż, który zrobiłam sobie rano jeszcze się trzymał, więc byłam gotowa.
Przeszłam do pokoju mojej siostry, gdzie ta kręciła się w kółko, patrząc jak jej sukienka wiruje na wietrze. Oh, ona czasami zachowywała się jak dziecko, a miała już 12 lat!
-I co Hope? Ładnie wyglądam? -zatrzymała się w końcu ukazując co ma na sobie.
Jej czarno-biała sukienka była przewiązana czerwoną wstążką, przez co pasowała do jej czerwonych balerinek, które miała na stopach. Na jej chudych ramionach założony był czarny sweterek, który świetnie dopełniał cały strój. Włosy opadały jej kaskadami na plecach, przez co wydawała się o wiele starsza, niż w rzeczywistości była.
Uśmiechnęłam się do niej. -Wyglądasz pięknie, aniołku. -zagruchałam przytulając ją od tyłu, tak żebyśmy obydwie patrzyły w lustro na jej szafie.
-Ty jesteś piękniejsza. -grymas wstąpił na jej twarz. -Tylko zobacz...nawet w zwykłej bluzie i Emu wyglądasz lepiej niż ja.
Zdziwiłam się, że tak nisko wierzyła w samą siebie.
-Co ty wygadujesz? Jesteś najpiękniejszą dziewczynką jaką znam, wiesz? Nie widziałam jeszcze ładniejszej niż ty. -poprawiłam kokardkę na jej krzyżu.
-Ja widziałam. -odparła nonszalancko. -Właśnie stoi obok mnie i próbuje mi wmówić, że jestem ładna. -skrzyżowała ręce na piersi.
-Odwołaj to...-powiedziałam surowo
-Bo co?
-Bo.....to! -rzuciłam się na nią, łaskocząc po brzuchu. Mała nie mogła złapać oddechu, bo tak się śmiała.
-J-już dobrze...Hope!
-Odwołaj to, co powiedziałaś!
Przełknęłam ślinę, próbując coś powiedzieć. -O-odwołuje t-to!
Od razu ją puściłam, zadowolona z tego co zrobiłam.
-Dasz mi się jakoś uczesać? -spytałam po chwili.
-Mhm. -mruknęła, siadając na krzesło. -Zrób mi warkocza.
Tak jak mi kazano, zaplotłam ślicznego warkocza od czubka jej głowy i głośno westchnęłam. -Jesteś gotowa.
-W samą porę. -wyczułam jakiś inny głos w pomieszczeniu i zobaczyłam Brad'a. Uśmiechnął się do nas, a potem Kim się na niego rzuciła, ściskając.
-Kim, proszę cie. Nie widziałaś mnie tylko parę godzin. -mówił tonem, jakby się dusił.
Zachichotałam cicho i pociągnęłam ich na dół. Założyłam swoją kurtkę khaki i poprawiłam włosy w lustrze. Brad zapiął jaskrawą kurtkę Kim do końca, jak i również swoją i wyszliśmy z domu.
Mam nadzieję, że spotkam tam Justina.
środa, 22 stycznia 2014
-11-
Hope.
-Dzień dobry. -zanucił jakiś głos przy mojej głowie.
Otworzyłam szerzej oczy i potarłam je rękoma, żeby ujrzeć nikogo innego jak Justin.
Przez cały, wczorajszy dzień od tego incydentu, próbowałam go unikać. Nie wiedziałam jak mam z nim rozmawiać, chociaż nie jesteśmy parą, ani niczym innym. Całowaliśmy się, co było złe i niewłaściwe. Nie w tym momencie, ale czy nie o tym właśnie marzyłaś, Hope?
Dopiero po paru sekundach zorientowałam się, że nie tutaj zasnęłam.
-Co ja tu robię? -spytałam, marszcząc brwi i zmieniając pozycję do siedzącej.
-Twoja mama kazała mi cię zabrać do domu. Kim też. -stwierdził lekko się uśmiechając.
Tak bardzo chciałam to odwzajemnić i powiedzieć mu wszystko, ale nie mogłam. On pewnie nawet przez chwilę nie zastanawiał się co do mnie czuje.
-Jak to możliwe, że nic nie pamiętam?
-Nie mam pojęcia, ale chyba po prostu byłaś nieźle wykończona. -przyznał wstając na nogi. -Zrobiłem wam śniadanie.
Spojrzałam na niego, znów marszcząc brwi. Chłopak chciał już wyjść z pokoju, żeby dać mi kilka minut na prysznic, ale go zatrzymałam.
-Justin.
-Tak? -odwrócił się zdezorientowany.
-Dziękuję. -szepnęłam, a na moje policzki znów wkradł się spory rumieniec. -Za wszystko.
Justin posłał mi ostatni, szeroki uśmiech i wyszedł z mojego pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Wstałam szybko z posłania, trochę je ścieląc i poszłam do łazienki. Puściłam gorącą wodę, która zdecydowanie uspokoiła całe moje ciało. Teraz właśnie tego potrzebowałam. Chwili na zrelaksowanie się. Obmyłam dokładnie całe swoje ciało żelem pod prysznic, a na włosy nałożyłam sporą ilość szamponu i odżywki. Wszystko spłukałam i wyszłam z kabiny.
Po wysuszeniu każdej części mojego ciała, owinęłam wokół siebie ręcznik zajęłam się włosami. Rozczesałam je delikatnie, co było proste, bo odżywka robi swoje i tak poszłam do swojego pokoju po coś do ubrania.
Dziś postanowiłam być ubrana na luzie. Nic konkretnego, jeśli cały następny dzień mam siedzieć w szpitalu, to moje ubrania muszą być wygodne, czyż nie?
Biała bluza Obey i czarne, zwykłe rurki z łatami na kolanach to było świetne rozwiązanie. Co do włosów, to szczerze nie miałam pojęcia co z nimi zrobić. Ostatecznie, po prostu je wysuszyłam i splotłam w warkocza po boku, chociaż i tak duża część włosów z niego wychodziła.
Na nogi nałożyłam moje, ciepłe, czarne buty na koturnie, które i tak potem zmienię na trampki. Nie mam zamiaru się na nich męczyć.
Na dworze było widać spore oznaki szronu, co nakłoniło mnie do wyciągnięcia z szafy również mojej kurtki khaki.
Tak gotowa zeszłam na dół, i pierwsze co zrobiłam, to wepchnęłam moje converse do torby, a kurtkę położyłam obok.
Weszłam do kuchni, która była już przesiąknięta zapachem świeżej, porannej kawy i jajecznicy, na co tylko wydałam z siebie długi jęk. Tak dawno nie jadłam jajecznicy na śniadanie.
-Bon apetit. -Justin położył mi talerz przed nosem, śmiejąc się ze swojego fatalnego akcentu.
Zjadłam posiłek w mgnieniu oka, tak samo jak Kim, którą w tym momencie Justin próbował uczesać.
-Ał Justin! -krzyknęła. -Nie tak mocno, ja jestem za młoda, żeby stracić włosy.
Parsknęłam śmiechem, domywając brudne talerze.
-Przepraszam aniołku, po prostu twoje włosy strasznie się kołtunią. Musisz w końcu nauczyć się sama czesać...jak Hope. -mówił zamyślonym tonem.
Ten sposób w jaki powiedział do niej 'aniołku' dał mi ostatni powód, żeby rozpływać się na jego widok. Było w nim tyle ciepła, tyle spokoju.
-Hope, proszę...pomóż mu, on mi wyrwie wszystkie włosy! -wrzasnęła z niesmakiem, krzywiąc się.
Podeszłam do nich spokojnie i przesunęłam lekko chłopaka. -Daj to zrobić mistrzyni. -parsknęłam rozplątując włosy Kim. -Widzisz? -spytałam, gdy dwa dobierane warkocze widniały na jej głowie.
-Wow. -wydusił z siebie. -Kłaniam się. -wykonał gest, ręką na co się lekko uśmiechnęłam.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, nie mówiąc zupełnie nic. To nie było potrzebne...zupełnie nie było. Był coraz bliżej mnie, na tyle blisko, by znowu mogło zdarzyć się to, co wtedy i wiecie co? Stało się.
Jego pełne, malinowe wargi dotknęły moich, poruszając się spokojnie. Ten pocałunek był inny, bardziej uczuciowy, namiętny. Opuszkami swoich palców gładził mój policzek i podtrzymywał brodę, a ja zatopiłam rękę, gdzieś w jego niesfornych i jeszcze nie ułożonych włosach. Uśmiechnął się w trakcie pocałunku, co w ostateczności go skończyło.
-O. Mój. Boże. - Kim robiła przerwy pomiędzy wyrazami, nadal chyba niedowierzając temu co tu widziała. -Ale wy...czy wy jesteście razem?
Zignorowałam pytanie, cofając się w stronę holu i ubierając na siebie kurtkę. -No chodźcie, nie możemy tu siedzieć przez cały dzień. Pewnie mama już na nas czeka.
-Tak, zbieramy się Kim. -odparł chłopak, nadal patrząc niewyraźnie na mnie.
Dzisiejszy dzień będzie zdecydowanie najdziwniejszym dniem, jaki miałam. Hope, właśnie całowałaś się z Justinem przy twojej siostrze. Oh zamknij się.
~*~
Po prawie 30 minutach dopiero dojechaliśmy do szpitala. Pieprzone korki w Nowym Jorku.
Siedziałam na miejscu pasażera, tuż obok Justina, a Kim zawzięcie pisała coś w swoim telefonie. Co chwile spoglądałam na chłopaka. Jak to możliwe, że zmienił strój?
Dziś miał na sobie czarną bluzkę z wycięciem dekoltu w serek, szare, luźne spodnie, które spadały mu odrobinę za dużo z tyłka, fioletowe supry i fioletowy fullcap z inicjałami NYC. Na tylnym siedzeniu, obok Kim leżała jego czarna kurtka, którą rzadko zakładał. Chyba w ogóle nie było mu zimno.
-Czemu ciągle mi się tak przyglądasz? -spytał, nadal patrząc na drogę.
Oj, chyba zostałam przyłapana, ups.
-Ja...po prostu dziwie się, że zdąrzyłeś się przebrać, nie będąc w domu. -odparłam, odrywając w końcu od niego wzrok.
-Byłem w domu.
-Jak to byłeś? Kiedy?
-Gdy was odwiozłem i położyłem spać Kim, to pojechałem na trochę do domu. Wziąłem prysznic, kilka ubrań na potem, chwilę pogadałem z Jazz i przyjechałem z powrotem tutaj. -stwierdził, nadal nie patrząc na mnie.
Było mi tak głupio, że był w domu może z dwie godziny. Przez ten cały czas był ze mną. To straszne.
-I powinieneś był tam już zostać. Justin, ja naprawdę doceniam wszystko co dla mnie robisz, ale jest środek szkoły...na dodatek, dopiero się wprowadziłeś i powinieneś serio zająć się teraz nauką, a nie ciągle nami. To niesprawiedliwe, wiesz? Odciągam cię od domu, szkoły, przyjaciół. Nie powinnam w ogóle ci na to pozwalać.
-To czemu pozwalasz? -spytał, po raz pierwszy zerkając na mnie.
Już nic nie odpowiedziałam, tylko odwróciłam się w stronę szyby, rysując na niej jakieś szlaczki.
-Jeśli naprawdę chcesz, żebym cię zostawił w spokoju, czemu mi tego nie powiesz, Hope? -znów zaczął.
-Nie chcę, żebyś zostawiał mnie w spokoju. Chcę, żebyś żył też swoim życiem, a nie tylko moim. -pisnęłam, pod dużą presją, jaka była w głosie chłopaka.
Justin zatrzymał samochód. Byliśmy już na parkingu przed szpitalem.
-Zróbmy to po twojemu...zajmę się swoim życiem, nie twoim. Idźcie już. -mówił ostrym tonem.
-Justin. -jęknęłam. -Nie bądź na mnie zły, tylko dlatego, że chcę twojego dobra.
-Nie jestem zły, Hope. Po prostu już idźcie.
Przytaknęłam i razem z Kim pomaszerowałyśmy w stronę budynku. Blondynka chwyciła mnie mocniej za rękę i zapytała:
-Czy ty i Justin właśnie się pokłóciliście?
-Nie Kim, po prostu on ma też swoje sprawy, nie tylko nasze, więc musiał odjechać, ale wróci.
-Obiecujesz? -spojrzała na mnie, a w jej oczach rozbłysnęła nadzieja. Widać, że przez te parę dni zżyła się z Justinem.
-Obiecuję, aniołku. Wszystko będzie dobrze. -szepnęłam, przytulając ją czule. -Kiedyś do nas wróci. Kiedyś.
-Dzień dobry. -zanucił jakiś głos przy mojej głowie.
Otworzyłam szerzej oczy i potarłam je rękoma, żeby ujrzeć nikogo innego jak Justin.
Przez cały, wczorajszy dzień od tego incydentu, próbowałam go unikać. Nie wiedziałam jak mam z nim rozmawiać, chociaż nie jesteśmy parą, ani niczym innym. Całowaliśmy się, co było złe i niewłaściwe. Nie w tym momencie, ale czy nie o tym właśnie marzyłaś, Hope?
Dopiero po paru sekundach zorientowałam się, że nie tutaj zasnęłam.
-Co ja tu robię? -spytałam, marszcząc brwi i zmieniając pozycję do siedzącej.
-Twoja mama kazała mi cię zabrać do domu. Kim też. -stwierdził lekko się uśmiechając.
Tak bardzo chciałam to odwzajemnić i powiedzieć mu wszystko, ale nie mogłam. On pewnie nawet przez chwilę nie zastanawiał się co do mnie czuje.
-Jak to możliwe, że nic nie pamiętam?
-Nie mam pojęcia, ale chyba po prostu byłaś nieźle wykończona. -przyznał wstając na nogi. -Zrobiłem wam śniadanie.
Spojrzałam na niego, znów marszcząc brwi. Chłopak chciał już wyjść z pokoju, żeby dać mi kilka minut na prysznic, ale go zatrzymałam.
-Justin.
-Tak? -odwrócił się zdezorientowany.
-Dziękuję. -szepnęłam, a na moje policzki znów wkradł się spory rumieniec. -Za wszystko.
Justin posłał mi ostatni, szeroki uśmiech i wyszedł z mojego pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Wstałam szybko z posłania, trochę je ścieląc i poszłam do łazienki. Puściłam gorącą wodę, która zdecydowanie uspokoiła całe moje ciało. Teraz właśnie tego potrzebowałam. Chwili na zrelaksowanie się. Obmyłam dokładnie całe swoje ciało żelem pod prysznic, a na włosy nałożyłam sporą ilość szamponu i odżywki. Wszystko spłukałam i wyszłam z kabiny.
Po wysuszeniu każdej części mojego ciała, owinęłam wokół siebie ręcznik zajęłam się włosami. Rozczesałam je delikatnie, co było proste, bo odżywka robi swoje i tak poszłam do swojego pokoju po coś do ubrania.
Dziś postanowiłam być ubrana na luzie. Nic konkretnego, jeśli cały następny dzień mam siedzieć w szpitalu, to moje ubrania muszą być wygodne, czyż nie?
Biała bluza Obey i czarne, zwykłe rurki z łatami na kolanach to było świetne rozwiązanie. Co do włosów, to szczerze nie miałam pojęcia co z nimi zrobić. Ostatecznie, po prostu je wysuszyłam i splotłam w warkocza po boku, chociaż i tak duża część włosów z niego wychodziła.
Na nogi nałożyłam moje, ciepłe, czarne buty na koturnie, które i tak potem zmienię na trampki. Nie mam zamiaru się na nich męczyć.
Na dworze było widać spore oznaki szronu, co nakłoniło mnie do wyciągnięcia z szafy również mojej kurtki khaki.
Tak gotowa zeszłam na dół, i pierwsze co zrobiłam, to wepchnęłam moje converse do torby, a kurtkę położyłam obok.
Weszłam do kuchni, która była już przesiąknięta zapachem świeżej, porannej kawy i jajecznicy, na co tylko wydałam z siebie długi jęk. Tak dawno nie jadłam jajecznicy na śniadanie.
-Bon apetit. -Justin położył mi talerz przed nosem, śmiejąc się ze swojego fatalnego akcentu.
Zjadłam posiłek w mgnieniu oka, tak samo jak Kim, którą w tym momencie Justin próbował uczesać.
-Ał Justin! -krzyknęła. -Nie tak mocno, ja jestem za młoda, żeby stracić włosy.
Parsknęłam śmiechem, domywając brudne talerze.
-Przepraszam aniołku, po prostu twoje włosy strasznie się kołtunią. Musisz w końcu nauczyć się sama czesać...jak Hope. -mówił zamyślonym tonem.
Ten sposób w jaki powiedział do niej 'aniołku' dał mi ostatni powód, żeby rozpływać się na jego widok. Było w nim tyle ciepła, tyle spokoju.
-Hope, proszę...pomóż mu, on mi wyrwie wszystkie włosy! -wrzasnęła z niesmakiem, krzywiąc się.
Podeszłam do nich spokojnie i przesunęłam lekko chłopaka. -Daj to zrobić mistrzyni. -parsknęłam rozplątując włosy Kim. -Widzisz? -spytałam, gdy dwa dobierane warkocze widniały na jej głowie.
-Wow. -wydusił z siebie. -Kłaniam się. -wykonał gest, ręką na co się lekko uśmiechnęłam.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, nie mówiąc zupełnie nic. To nie było potrzebne...zupełnie nie było. Był coraz bliżej mnie, na tyle blisko, by znowu mogło zdarzyć się to, co wtedy i wiecie co? Stało się.
Jego pełne, malinowe wargi dotknęły moich, poruszając się spokojnie. Ten pocałunek był inny, bardziej uczuciowy, namiętny. Opuszkami swoich palców gładził mój policzek i podtrzymywał brodę, a ja zatopiłam rękę, gdzieś w jego niesfornych i jeszcze nie ułożonych włosach. Uśmiechnął się w trakcie pocałunku, co w ostateczności go skończyło.
-O. Mój. Boże. - Kim robiła przerwy pomiędzy wyrazami, nadal chyba niedowierzając temu co tu widziała. -Ale wy...czy wy jesteście razem?
Zignorowałam pytanie, cofając się w stronę holu i ubierając na siebie kurtkę. -No chodźcie, nie możemy tu siedzieć przez cały dzień. Pewnie mama już na nas czeka.
-Tak, zbieramy się Kim. -odparł chłopak, nadal patrząc niewyraźnie na mnie.
Dzisiejszy dzień będzie zdecydowanie najdziwniejszym dniem, jaki miałam. Hope, właśnie całowałaś się z Justinem przy twojej siostrze. Oh zamknij się.
~*~
Po prawie 30 minutach dopiero dojechaliśmy do szpitala. Pieprzone korki w Nowym Jorku.
Siedziałam na miejscu pasażera, tuż obok Justina, a Kim zawzięcie pisała coś w swoim telefonie. Co chwile spoglądałam na chłopaka. Jak to możliwe, że zmienił strój?
Dziś miał na sobie czarną bluzkę z wycięciem dekoltu w serek, szare, luźne spodnie, które spadały mu odrobinę za dużo z tyłka, fioletowe supry i fioletowy fullcap z inicjałami NYC. Na tylnym siedzeniu, obok Kim leżała jego czarna kurtka, którą rzadko zakładał. Chyba w ogóle nie było mu zimno.
-Czemu ciągle mi się tak przyglądasz? -spytał, nadal patrząc na drogę.
Oj, chyba zostałam przyłapana, ups.
-Ja...po prostu dziwie się, że zdąrzyłeś się przebrać, nie będąc w domu. -odparłam, odrywając w końcu od niego wzrok.
-Byłem w domu.
-Jak to byłeś? Kiedy?
-Gdy was odwiozłem i położyłem spać Kim, to pojechałem na trochę do domu. Wziąłem prysznic, kilka ubrań na potem, chwilę pogadałem z Jazz i przyjechałem z powrotem tutaj. -stwierdził, nadal nie patrząc na mnie.
Było mi tak głupio, że był w domu może z dwie godziny. Przez ten cały czas był ze mną. To straszne.
-I powinieneś był tam już zostać. Justin, ja naprawdę doceniam wszystko co dla mnie robisz, ale jest środek szkoły...na dodatek, dopiero się wprowadziłeś i powinieneś serio zająć się teraz nauką, a nie ciągle nami. To niesprawiedliwe, wiesz? Odciągam cię od domu, szkoły, przyjaciół. Nie powinnam w ogóle ci na to pozwalać.
-To czemu pozwalasz? -spytał, po raz pierwszy zerkając na mnie.
Już nic nie odpowiedziałam, tylko odwróciłam się w stronę szyby, rysując na niej jakieś szlaczki.
-Jeśli naprawdę chcesz, żebym cię zostawił w spokoju, czemu mi tego nie powiesz, Hope? -znów zaczął.
-Nie chcę, żebyś zostawiał mnie w spokoju. Chcę, żebyś żył też swoim życiem, a nie tylko moim. -pisnęłam, pod dużą presją, jaka była w głosie chłopaka.
Justin zatrzymał samochód. Byliśmy już na parkingu przed szpitalem.
-Zróbmy to po twojemu...zajmę się swoim życiem, nie twoim. Idźcie już. -mówił ostrym tonem.
-Justin. -jęknęłam. -Nie bądź na mnie zły, tylko dlatego, że chcę twojego dobra.
-Nie jestem zły, Hope. Po prostu już idźcie.
Przytaknęłam i razem z Kim pomaszerowałyśmy w stronę budynku. Blondynka chwyciła mnie mocniej za rękę i zapytała:
-Czy ty i Justin właśnie się pokłóciliście?
-Nie Kim, po prostu on ma też swoje sprawy, nie tylko nasze, więc musiał odjechać, ale wróci.
-Obiecujesz? -spojrzała na mnie, a w jej oczach rozbłysnęła nadzieja. Widać, że przez te parę dni zżyła się z Justinem.
-Obiecuję, aniołku. Wszystko będzie dobrze. -szepnęłam, przytulając ją czule. -Kiedyś do nas wróci. Kiedyś.
wtorek, 21 stycznia 2014
-10-
Hope.
Patrzyłam się chwilę w jego piwne oczy. Pokazywały wszystko co czuł. Wszystko to, czego mi nie powiedział, to, co chciałam od niego usłyszeć.
Uśmiechnęłam się do niego lekko i zeskoczyłam z blatu. Zapomniałam nawet o poparzeniu. Zapomniałam o mojej mamie, Kim, tacie...znowu.
-Może ja..uhm...dokończe to co robiłem. -odparł, biorąc mokry papier. Chwycił mnie w talii i raz po raz, powoli masował poparzone miejsce.
-Już okej. -szepnęłam. -Już nie boli.
Chłopak puścił mnie, żebym coś na siebie ubrała. Wygrzebałam z torby za dużą na mnie bluzę z jaskrawym napisem "Help" i nałożyłam ją na siebie. Spojrzałam w lustro. Wyglądałam o wiele lepiej, niż rano. Byłam pod wrażeniem.
-Okej, chodźmy.
Wyszliśmy z łazienki i pokierowaliśmy się do sporego towarzystwa. Była tam chyba cała moja bliska rodzina. Ciocia Kate i wujek Dean, dziadkowie ze strony mamy i taty, kuzynka Rachel, która kończyła teraz bodajże 13 lat i kuzyn Jake, który miał już 20 lat. Tak naprawdę nie widziałam ich od Bożego Narodzenia, a teraz jest listopad, więc minęło bardzo dużo czasu. -Hej wszystkim. -odezwałam się, przerywając ich monolog.
Jake wskoczył w moje ramiona, tak mocno mnie tuląc, że aż zabrakło mi tchu.
-Tak strasznie mi przykro, Hope. -pomasował moje plecy.
Oderwałam się od niego natychmiast.
-Nie chcę tego. -rzuciłam w jego stronę. -Nie chcę, żeby ktokolwiek z was mówił, że mu przykro. Mi też jest przykro, ale ona jeszcze nie umarła, okej? Nikt z was nie wie, jak to jest wiedzieć o tym, że za kilka tygodni straci się matkę. Nikt oprócz mnie i Kim, więc proszę was...darujcie sobie współczucie, nic mi to nie da, i nie poczuje się przez to lepiej. -wszyscy patrzyli na mnie, jakbym zwariowała, co byłoby normalne. Jake wrócił na swoje miejsce zrezygnowany.
-Wiesz Hope, zarezerwowałam ci psychologa na osiemnastą jutro. -odezwała się Kate swoim cienkim głosikiem.
Zgromiłam ją wzrokiem, a moje ręce miały ochotę teraz jej coś zrobić. Cała buzowałam ze złości, że oni robią ze mnie jakąś rozpaczliwie nienormalną.
-Jeśli go zarezerowałaś, tym samym możesz go odwołać. -splunęłam zirytowana. -Jak na razie nie wychodzi wam pocieszanie mnie, ale dzięki za najgorsze z możliwych. -odezwałam się po raz ostatni, schodząc po schodach na dół. Mam dość.
~*~
-Hej tato. -przywitałam się z mężczyzną, siadając po drugiej stronie stolika.
-Hej Hope. -o dziwo się odezwał, ale bardzo ponuro. -Przepraszam, że wiesz...wcześniej...
-Spokojnie, każdego to dotknęło. Chcesz o tym porozmawiać?
Przytaknął patrząc na mnie. Wiedziałam, że tego potrzebował, a ja jestem jego córką, więc tak jakby częścią mamy.
-Ja, nie wiem czy dam radę bez niej...ona jest moim całym światem. -odparł.
Teraz zobaczyłam w nim nastolatka. Zagubionego nastolatka, który traci wszystko co było dla niego ważne.
-Wiem o tym tato, i wiem, że bez względu na wszystko dasz radę.
-Skąd możesz wiedzieć?
-Posłuchaj...jesteś policjantem, bezwzględnym policjantem, który zawsze służy prawu. Nie znam bardziej odważniejszego faceta od ciebie. Pamiętasz, jak miałam sześć lat i zabrałeś mnie na strzelnicę? Od tamtego czasu byłeś dla mnie autorytetem. Kimś, z kogo mogę brać przykład. Zawsze widziałam cię w świetle odwagi, bezpieczeństwa, męstwa, honoru...nie w cieniu tchórza. Nie jesteś nim, tato.
Spojrzał na mnie i posłał mi najcieplejszy uśmiech, jaki widziałam u niego w całym w swoim życiu.
-Jak ty to zniosłaś? Wiesz, dobija mnie fakt, że nawet nie sprawdziłem jak wy sobie z tym poradziłyście.
-Było ciężko, ale obiecałam mamie, że się nie poddam. Jestem przykładem dla Kim. Nie mogę okazać teraz słabości. Najgorzej było w nocy...Kim ma koszmary. Na szczęście nie byłyśmy same w domu, bo i ja bym się bała. -przyznałam.
-A kto był z wami w domu? -spytał podejrzliwie.
-Justin. -odparłam z chrypką.
-Właśnie...ten chłopak. On, jest twoim...
-Nie tato. -przerwałam mu. -Na razie to tylko przyjaciel. -czy ja powiedziałam 'na razie'?
-Okej. -uniósł ręce w kapitulacji. -Ale wiesz co?
-Co?
-Powiedziałaś 'na razie'. -przyznał szczerząc się. Pacnęłam go lekko w ramię, też się śmiejąc.
Wstaliśmy od stolika i ramie w ramie znów pomaszerowaliśmy na górę.
-Widziałem całą familię, jak tu wchodzili. -zaśmiał się. -Opieprzyłaś ich już, czy ja mam to zrobić?
Parsknęłam śmiechem.
-Już to zrobiłam.
-Mama ma rację, jesteś z jej krwi.
~*~
-Trochę przeraża mnie fakt, że znowu się z nimi pokłóciłaś. -parknęła mama. -Ale spokojnie, ja robię to ciągle.
Uśmiechnęłam się do niej.
-Wiesz...-zaczęła znowu. -Rozmawiałam z Justinem.
-O Boziu. -jęknęłam.
-I wiesz co mi powiedział?
-Co?
-Że jestem niezwykła. -wywróciła oczami, jakby to był komplement dnia. -I wiesz czemu mi to powiedział?
-Czemu?
-Bo cię stworzyłam. -uśmiechnęła się.
-Co? -wstałam z krzesła zdziwiona. -On...on naprawdę tak powiedział?
-Słowo w słowo.
Napuściłam trochę powietrza do moich płuc, bo czułam, jakbym miała zemdleć.
-To słodko. -rzuciłam w końcu. -On jest słodki.
-Awwww. -mama jęknęła charakterystycznie. -Zakochałaś się w nim.
-Wcale nie, mamo. -mruknęłam, zasłaniając czerwoną twarz. -To nie prawda.
-Jak sobie chcesz, ja wiem swoje. -zanuciła, jakby miała pięć lat.
Przez chwilę poczułam się przy niej tak, jakby była moją przyjaciółką. To było dziwne.
~*~
Justin.
-Myślę, że pomysł z psychologiem nie był najlepszy. -stwierdził, po jakimś czasie dziadek Frank, którego poznałem wcześniej.
-Oh, co ty nie powiesz...-zgromiła go od razu jego żona.
Uśmiechnąłem się lekko, ale tak naprawdę chciałem sprawdzić co z Hope. To w łazience, em, myślę, że właśnie to chciałem zrobić, ale czy ona też? Boże, to wszystko jest takie nieźle pokurwione...
Wstałem z krzesła i przyglądałem się przez chwilę Kim, która wygodnie spała na dwóch krzesłach.
No tak, dochodziła jedenasta.
Odwróciłem wzrok na salę, gdzie przesiadywała Hope, ale nic nie dojrzałem, więc postanowiłem wejść do środka.
Otworzyłem drzwi i zastałem dosyć dziwny widok. Hope spała na szpitalnym łóżku, a jej mama, chora mama, siedziała na krześle, jakby role się odwróciły.
Spojrzałem na nią dziwnie i podszedłem bliżej.
-Przepraszam? -szepnąłem do niej. -Czy nie powinna pani przypadkiem leżeć w łóżku?
-Oh, Hope była taka zmęczona, że postanowiłam ją na chwilę położyć. -zaśmiała się. -Ale mam do ciebie pewną sprawę.
-Słucham. -dociągnąłem drugie krzesło, lekko, żeby nie obudzić Hope i usiadłem na nim.
-Wiesz, że zostało mi tylko parę tygodni. To strasznie mało...
Pokiwałem głową, że rozumiem, i żeby kontynuowała.
-Ale zastanawiałeś się co będzie potem? Wiesz...jak już umrę. Hope gra twardą, ale tak naprawdę to ją przerasta. Musisz jej wtedy pomóc. Zostanie sama z Kim, no i James'em, ale wątpie, żeby ten był zdolny do pomocy komukolwiek. Nie zdążył się z tym pogodzić.
-Chyba rozumiem. -odparłem, marszcząc brwi.
-To dobrze. Po prostu mów jej, że nie jest sama. To jej pomoże, uwierz...
Pokiwałem znów głową.
-Opiekuj się nią. Widzę, że ci na niej zależy...widzę to.
-Trudno to ukryć przed waszą rodziną, bo chyba już wszyscy mi to mówili. -parsknąłem.
-Po prostu słabo udajesz. -uśmiechnęła się do mnie. -A teraz zabierz ją stąd, ją i Kim. Nie chcę, żeby spały w szpitalu, błagam...mam ich dość jak na jeden dzień.
Patrzyłam się chwilę w jego piwne oczy. Pokazywały wszystko co czuł. Wszystko to, czego mi nie powiedział, to, co chciałam od niego usłyszeć.
Uśmiechnęłam się do niego lekko i zeskoczyłam z blatu. Zapomniałam nawet o poparzeniu. Zapomniałam o mojej mamie, Kim, tacie...znowu.
-Może ja..uhm...dokończe to co robiłem. -odparł, biorąc mokry papier. Chwycił mnie w talii i raz po raz, powoli masował poparzone miejsce.
-Już okej. -szepnęłam. -Już nie boli.
Chłopak puścił mnie, żebym coś na siebie ubrała. Wygrzebałam z torby za dużą na mnie bluzę z jaskrawym napisem "Help" i nałożyłam ją na siebie. Spojrzałam w lustro. Wyglądałam o wiele lepiej, niż rano. Byłam pod wrażeniem.
-Okej, chodźmy.
Wyszliśmy z łazienki i pokierowaliśmy się do sporego towarzystwa. Była tam chyba cała moja bliska rodzina. Ciocia Kate i wujek Dean, dziadkowie ze strony mamy i taty, kuzynka Rachel, która kończyła teraz bodajże 13 lat i kuzyn Jake, który miał już 20 lat. Tak naprawdę nie widziałam ich od Bożego Narodzenia, a teraz jest listopad, więc minęło bardzo dużo czasu. -Hej wszystkim. -odezwałam się, przerywając ich monolog.
Jake wskoczył w moje ramiona, tak mocno mnie tuląc, że aż zabrakło mi tchu.
-Tak strasznie mi przykro, Hope. -pomasował moje plecy.
Oderwałam się od niego natychmiast.
-Nie chcę tego. -rzuciłam w jego stronę. -Nie chcę, żeby ktokolwiek z was mówił, że mu przykro. Mi też jest przykro, ale ona jeszcze nie umarła, okej? Nikt z was nie wie, jak to jest wiedzieć o tym, że za kilka tygodni straci się matkę. Nikt oprócz mnie i Kim, więc proszę was...darujcie sobie współczucie, nic mi to nie da, i nie poczuje się przez to lepiej. -wszyscy patrzyli na mnie, jakbym zwariowała, co byłoby normalne. Jake wrócił na swoje miejsce zrezygnowany.
-Wiesz Hope, zarezerwowałam ci psychologa na osiemnastą jutro. -odezwała się Kate swoim cienkim głosikiem.
Zgromiłam ją wzrokiem, a moje ręce miały ochotę teraz jej coś zrobić. Cała buzowałam ze złości, że oni robią ze mnie jakąś rozpaczliwie nienormalną.
-Jeśli go zarezerowałaś, tym samym możesz go odwołać. -splunęłam zirytowana. -Jak na razie nie wychodzi wam pocieszanie mnie, ale dzięki za najgorsze z możliwych. -odezwałam się po raz ostatni, schodząc po schodach na dół. Mam dość.
~*~
-Hej tato. -przywitałam się z mężczyzną, siadając po drugiej stronie stolika.
-Hej Hope. -o dziwo się odezwał, ale bardzo ponuro. -Przepraszam, że wiesz...wcześniej...
-Spokojnie, każdego to dotknęło. Chcesz o tym porozmawiać?
Przytaknął patrząc na mnie. Wiedziałam, że tego potrzebował, a ja jestem jego córką, więc tak jakby częścią mamy.
-Ja, nie wiem czy dam radę bez niej...ona jest moim całym światem. -odparł.
Teraz zobaczyłam w nim nastolatka. Zagubionego nastolatka, który traci wszystko co było dla niego ważne.
-Wiem o tym tato, i wiem, że bez względu na wszystko dasz radę.
-Skąd możesz wiedzieć?
-Posłuchaj...jesteś policjantem, bezwzględnym policjantem, który zawsze służy prawu. Nie znam bardziej odważniejszego faceta od ciebie. Pamiętasz, jak miałam sześć lat i zabrałeś mnie na strzelnicę? Od tamtego czasu byłeś dla mnie autorytetem. Kimś, z kogo mogę brać przykład. Zawsze widziałam cię w świetle odwagi, bezpieczeństwa, męstwa, honoru...nie w cieniu tchórza. Nie jesteś nim, tato.
Spojrzał na mnie i posłał mi najcieplejszy uśmiech, jaki widziałam u niego w całym w swoim życiu.
-Jak ty to zniosłaś? Wiesz, dobija mnie fakt, że nawet nie sprawdziłem jak wy sobie z tym poradziłyście.
-Było ciężko, ale obiecałam mamie, że się nie poddam. Jestem przykładem dla Kim. Nie mogę okazać teraz słabości. Najgorzej było w nocy...Kim ma koszmary. Na szczęście nie byłyśmy same w domu, bo i ja bym się bała. -przyznałam.
-A kto był z wami w domu? -spytał podejrzliwie.
-Justin. -odparłam z chrypką.
-Właśnie...ten chłopak. On, jest twoim...
-Nie tato. -przerwałam mu. -Na razie to tylko przyjaciel. -czy ja powiedziałam 'na razie'?
-Okej. -uniósł ręce w kapitulacji. -Ale wiesz co?
-Co?
-Powiedziałaś 'na razie'. -przyznał szczerząc się. Pacnęłam go lekko w ramię, też się śmiejąc.
Wstaliśmy od stolika i ramie w ramie znów pomaszerowaliśmy na górę.
-Widziałem całą familię, jak tu wchodzili. -zaśmiał się. -Opieprzyłaś ich już, czy ja mam to zrobić?
Parsknęłam śmiechem.
-Już to zrobiłam.
-Mama ma rację, jesteś z jej krwi.
~*~
-Trochę przeraża mnie fakt, że znowu się z nimi pokłóciłaś. -parknęła mama. -Ale spokojnie, ja robię to ciągle.
Uśmiechnęłam się do niej.
-Wiesz...-zaczęła znowu. -Rozmawiałam z Justinem.
-O Boziu. -jęknęłam.
-I wiesz co mi powiedział?
-Co?
-Że jestem niezwykła. -wywróciła oczami, jakby to był komplement dnia. -I wiesz czemu mi to powiedział?
-Czemu?
-Bo cię stworzyłam. -uśmiechnęła się.
-Co? -wstałam z krzesła zdziwiona. -On...on naprawdę tak powiedział?
-Słowo w słowo.
Napuściłam trochę powietrza do moich płuc, bo czułam, jakbym miała zemdleć.
-To słodko. -rzuciłam w końcu. -On jest słodki.
-Awwww. -mama jęknęła charakterystycznie. -Zakochałaś się w nim.
-Wcale nie, mamo. -mruknęłam, zasłaniając czerwoną twarz. -To nie prawda.
-Jak sobie chcesz, ja wiem swoje. -zanuciła, jakby miała pięć lat.
Przez chwilę poczułam się przy niej tak, jakby była moją przyjaciółką. To było dziwne.
~*~
Justin.
-Myślę, że pomysł z psychologiem nie był najlepszy. -stwierdził, po jakimś czasie dziadek Frank, którego poznałem wcześniej.
-Oh, co ty nie powiesz...-zgromiła go od razu jego żona.
Uśmiechnąłem się lekko, ale tak naprawdę chciałem sprawdzić co z Hope. To w łazience, em, myślę, że właśnie to chciałem zrobić, ale czy ona też? Boże, to wszystko jest takie nieźle pokurwione...
Wstałem z krzesła i przyglądałem się przez chwilę Kim, która wygodnie spała na dwóch krzesłach.
No tak, dochodziła jedenasta.
Odwróciłem wzrok na salę, gdzie przesiadywała Hope, ale nic nie dojrzałem, więc postanowiłem wejść do środka.
Otworzyłem drzwi i zastałem dosyć dziwny widok. Hope spała na szpitalnym łóżku, a jej mama, chora mama, siedziała na krześle, jakby role się odwróciły.
Spojrzałem na nią dziwnie i podszedłem bliżej.
-Przepraszam? -szepnąłem do niej. -Czy nie powinna pani przypadkiem leżeć w łóżku?
-Oh, Hope była taka zmęczona, że postanowiłam ją na chwilę położyć. -zaśmiała się. -Ale mam do ciebie pewną sprawę.
-Słucham. -dociągnąłem drugie krzesło, lekko, żeby nie obudzić Hope i usiadłem na nim.
-Wiesz, że zostało mi tylko parę tygodni. To strasznie mało...
Pokiwałem głową, że rozumiem, i żeby kontynuowała.
-Ale zastanawiałeś się co będzie potem? Wiesz...jak już umrę. Hope gra twardą, ale tak naprawdę to ją przerasta. Musisz jej wtedy pomóc. Zostanie sama z Kim, no i James'em, ale wątpie, żeby ten był zdolny do pomocy komukolwiek. Nie zdążył się z tym pogodzić.
-Chyba rozumiem. -odparłem, marszcząc brwi.
-To dobrze. Po prostu mów jej, że nie jest sama. To jej pomoże, uwierz...
Pokiwałem znów głową.
-Opiekuj się nią. Widzę, że ci na niej zależy...widzę to.
-Trudno to ukryć przed waszą rodziną, bo chyba już wszyscy mi to mówili. -parsknąłem.
-Po prostu słabo udajesz. -uśmiechnęła się do mnie. -A teraz zabierz ją stąd, ją i Kim. Nie chcę, żeby spały w szpitalu, błagam...mam ich dość jak na jeden dzień.
-9-
Hope.
-Hej mamo. -przywitałam się z kobietą, ciągnąc za sobą Kim. Za Chiny nie chciała tam wejść.
-Hej. -uśmiechnęła się do nas.
Gdy tylko Kim usłyszała jej głos, puściła się mojej ręki i wybiegła pędem z sali. Trochę się przestraszyłam, ale Justin i Brad tam byli, więc opanowałam swoje emocje.
Mama była widocznie niezadowolona z takiego obrotu spraw.
-Ona naprawdę się stara, ale potrzebuje czasu mamo. -wyjaśniłam, siadając na taboret obok łóżka.
-Wiem kochanie. -pogłaskała mnie po włosach. -Co to za chłopak, który trzyma Kim na rękach? -spytała uśmiechając się znowu.
Spojrzałam w kierunku jej oczu i zobaczyłam za szybą Justina, który obracał moją siostrę na rękach. Ja również się uśmiechnęłam.
-To Justin, mój dobry przyjaciel. -odparłam, znów patrząc się na nią.
-Myślę, że do siebie pasujecie. -wyszczerzyła się. -Na dodatek ma podejście do dzieci.
-Mamo. -przeciągnęłam długo 'o'. -Posłuchaj, wszyscy z naszej rodziny robią mi ten sam wykład, ale on nie jest chętny na taką więź ze mną. -odwróciłam na chwilę wzrok. -Poza tym, nie jestem nim zainteresowana.
-Możesz udawać, że to co powiedziałaś to prawda, a ja mogę udawać, że ci wierzę, ale w rzeczywistości tak nie jest. -odparła tym swoim wkurzającym tonem. -Chłopak, który jak twierdzi twoja babcia, siedzi z tobą od wczoraj w szpitalu i opiekuję się tobą nie może być ci obojętny, a co dopiero ty jemu.
Rany...najbardziej w mojej mamie wkurzało mnie te jej mam-zawsze-racje-i-koniec.
-No dobra, może i tak, ale to nic nie zmienia. Nie jesteśmy parą.
-Wiesz co by mnie ucieszyło?
-Co takiego? -spytałam szybko.
-Gdy już będę umierać, chciałabym, żebyś powiedziała, że jesteś szczęśliwa. Że masz kogoś, kto cię kocha i tym kimś będzie Justin. Wierzę w to.
Łzy znów zapiekły kąciki moich oczu. Nic jej nie odpowiedziałam, tylko mocno ją przytuliłam.
-Pamiętaj, że twoja siostra też będzie przez to przechodziła. Będziesz musiała być dla niej oparciem, no i dawać jej rady w sprawie związków. Pamiętaj o tym.
-Tak mamo, wiem.
-Cieszę się, że masz tutaj przyjaciół. Tylko spójrz...od godziny była tu Sophie i Brad. Justin podobno był u nas w domu na noc. Nawet mama Jack'a dzwoniła.
-Jack'a?
-Też mnie to zdziwiło.
Obydwie zaczęłyśmy się śmiać.
-Ale wiesz, może to była pomyłka...nie wiem. -odparła ocierając oczy.
-Wiesz co? Musisz w końcu pogadać z Kim. -zmieniłam temat. -Przyprowadzę ją tu, okej?
-W porządku.
Wyszłam sprawnie z pomieszczenia i podeszłam do Justina i Kim.
-Kim...musisz z nią porozmawiać. Ona cię potrzebuję. -jęknęłam, patrząc, jak siedzi na kolanach blondyna i bawi się jego włosami.
Tak bardzo chciało mi się płakać, jak widziałam ich razem.
-Nigdzie nie idę. -syknęła do mnie. Znowu się przede mną zamykała.
-Kim. -szepnął do niej chłopak. -Pójdę tam z tobą i będzie dobrze. Będziemy tam tylko my, tylko my.
Dziewczynka chwile się na niego popatrzyła, ale w końcu się zgodziła i razem weszli do sali mojej mamy.
Usiadłam obok Sophie, opierając łokcie na udach.
-Hope, Justin to najlepszy chłopak jakiego możesz sobie znaleźć. -odparła, wypalając mi dziurę swoim wzrokiem w policzku.
Skąd ona wiedziała, że akurat o tym chciałam rozmawiać?
-Wiem o tym. -rzuciłam przelotnie.
-Więc, porozmawiaj z nim w końcu.
-Znam go cztery dni. Czy naprawdę uważasz, że mam z nim porozmawiać o czymś więcej?
-Tak.
Spojrzałam na nią zdziwiona.
-Naprawdę?
-Tak. -powiedziała stanowczo.
Przytaknęłam i wstałam z krzesła. Nie miałam zamiaru jeszcze z nim tym rozmawiać, nie teraz.
Przez szybę dopatrzyłam się, jak rozmawia z moją mamą i z Kim. Znów usiadłam na krzesło.
Zrobię to, gdy będę gotowa.
~*~
Weszłam do bufetu, spragniona jak nigdy kawy. Podeszłam do lady, przy której stała dosyć przy kości, starsza kobieta. Na jej uniformie widniała plakietka, która mówiła, że nazywa się Lorna.
-Coś podać ślicznotko? -zwróciła się do mnie, i ciepło się uśmiechnęła.
-Tak, poproszę dwie, mocne kawy z pianką. -odparłam, również się uśmiechając.
-Już się robi. -zanuciła i zajęła się przyrządem do kawy.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nie przypominało w najmniejszym stopniu czegoś powiązanego ze szpitalem. Pomarańczowo-żółte ściany i ciemne meble nadawały temu miejscu ciepła. Być może dlatego siedziało tu tyle ludzi. W rogu siedział znany mi mężczyzna. Podeszłam do niego i usiadłam obok.
-Tato...-szepnęłam spokojnie. -Tato, musisz się wziąć w garść.
Nawet nie uniósł głowy, tylko ciągle miał ją spuszczoną w dół. Moje gadanie nic nie da, jest uparty. Jedyną osobą, którą zawsze szanował i słuchał była moja mama, ale cholera teraz to z jej powodu się załamuje.
Trzeba dać mu czas.
Odeszłam od niego i odebrałam napój od Lorny, po czym udałam się znów na górę.
Akurat, gdy ja weszłam po schodach z sali wyszli Justin i Kim. Odetchnęłam spokojnie, gdy zobaczyłam uśmiechy na ich twarzach.
Podałam kawę Sophie i usiadłam obok niej, popijając spory łyk.
-Hope. -Kim zwróciła się do mnie. -Przepraszam cię. -podeszła do mnie i mocno przytuliła, wylewając zawartość kubka na mój sweter i na podłogę. Krzyknęłam jak oparzona, bo w rzeczywistości byłam oparzona.
-Cholera. -syknęłam z bólu, który przeszył cały mój brzuch od niemiłosiernego pieczenia.
-O boże, Hope. Tak strasznie cię przepraszam. -jęknęła blondynka, zakrywając usta ręką.
-Nie nic, nic się nie stało. -szepnęłam, ale w rzeczywistości nie mogłam przyłożyć w to miejsce nawet ręki, bo tak strasznie mnie bolało.
-Hope, chodź. To trzeba przemyć zimną wodą. -rzucił Justin i chwytając moją torbę, lekko pociągnął mnie do łazienki.
Dopiero, gdy drzwi się zamknęły wydarłam się jak najgłośniej mogłam.
-To boli, tak cholernie boli. -syknęłam, szybko ściągając z siebie to gówno, czym był mój ulubiony sweter. Nawet nie zwróciłam uwagi, że Justin nadal był w łazience, a ja aktualnie byłam w samym staniku. Nie minęło kilka sekund, a ja już byłam czerwona jak burak i nie wiedziałam co robić.
Na szczęście on wiedział. -Chodź tutaj. -poklepał blat przy umywalce. Szybkim ruchem na niego usiadłam i czekałam na dalsze posunięcie.
Chłopak namoczył kawałek papieru zimną wodą i delikatnie mnie przysunął, przez co moje uda były tak jakby owinięte wokół jego bioder. Przyłożył w końcu papier do mojego ciała, na co ostro jęknęłam. To tak piekło. Od razu się cofnął, ale ja przyciągnęłam go z powrotem za koszulkę. Nasze twarze dzieliły milimetry, może nawet mniej. Chciałam się odsunąć, ale on zmienił położenie mojego podbródka, kierując go wprost na siebie. Nie czekałam długo, gdy jego usta spoczęły na moich, całując tak, jakby świat zaraz miał przepaść.
-Hej mamo. -przywitałam się z kobietą, ciągnąc za sobą Kim. Za Chiny nie chciała tam wejść.
-Hej. -uśmiechnęła się do nas.
Gdy tylko Kim usłyszała jej głos, puściła się mojej ręki i wybiegła pędem z sali. Trochę się przestraszyłam, ale Justin i Brad tam byli, więc opanowałam swoje emocje.
Mama była widocznie niezadowolona z takiego obrotu spraw.
-Ona naprawdę się stara, ale potrzebuje czasu mamo. -wyjaśniłam, siadając na taboret obok łóżka.
-Wiem kochanie. -pogłaskała mnie po włosach. -Co to za chłopak, który trzyma Kim na rękach? -spytała uśmiechając się znowu.
Spojrzałam w kierunku jej oczu i zobaczyłam za szybą Justina, który obracał moją siostrę na rękach. Ja również się uśmiechnęłam.
-To Justin, mój dobry przyjaciel. -odparłam, znów patrząc się na nią.
-Myślę, że do siebie pasujecie. -wyszczerzyła się. -Na dodatek ma podejście do dzieci.
-Mamo. -przeciągnęłam długo 'o'. -Posłuchaj, wszyscy z naszej rodziny robią mi ten sam wykład, ale on nie jest chętny na taką więź ze mną. -odwróciłam na chwilę wzrok. -Poza tym, nie jestem nim zainteresowana.
-Możesz udawać, że to co powiedziałaś to prawda, a ja mogę udawać, że ci wierzę, ale w rzeczywistości tak nie jest. -odparła tym swoim wkurzającym tonem. -Chłopak, który jak twierdzi twoja babcia, siedzi z tobą od wczoraj w szpitalu i opiekuję się tobą nie może być ci obojętny, a co dopiero ty jemu.
Rany...najbardziej w mojej mamie wkurzało mnie te jej mam-zawsze-racje-i-koniec.
-No dobra, może i tak, ale to nic nie zmienia. Nie jesteśmy parą.
-Wiesz co by mnie ucieszyło?
-Co takiego? -spytałam szybko.
-Gdy już będę umierać, chciałabym, żebyś powiedziała, że jesteś szczęśliwa. Że masz kogoś, kto cię kocha i tym kimś będzie Justin. Wierzę w to.
Łzy znów zapiekły kąciki moich oczu. Nic jej nie odpowiedziałam, tylko mocno ją przytuliłam.
-Pamiętaj, że twoja siostra też będzie przez to przechodziła. Będziesz musiała być dla niej oparciem, no i dawać jej rady w sprawie związków. Pamiętaj o tym.
-Tak mamo, wiem.
-Cieszę się, że masz tutaj przyjaciół. Tylko spójrz...od godziny była tu Sophie i Brad. Justin podobno był u nas w domu na noc. Nawet mama Jack'a dzwoniła.
-Jack'a?
-Też mnie to zdziwiło.
Obydwie zaczęłyśmy się śmiać.
-Ale wiesz, może to była pomyłka...nie wiem. -odparła ocierając oczy.
-Wiesz co? Musisz w końcu pogadać z Kim. -zmieniłam temat. -Przyprowadzę ją tu, okej?
-W porządku.
Wyszłam sprawnie z pomieszczenia i podeszłam do Justina i Kim.
-Kim...musisz z nią porozmawiać. Ona cię potrzebuję. -jęknęłam, patrząc, jak siedzi na kolanach blondyna i bawi się jego włosami.
Tak bardzo chciało mi się płakać, jak widziałam ich razem.
-Nigdzie nie idę. -syknęła do mnie. Znowu się przede mną zamykała.
-Kim. -szepnął do niej chłopak. -Pójdę tam z tobą i będzie dobrze. Będziemy tam tylko my, tylko my.
Dziewczynka chwile się na niego popatrzyła, ale w końcu się zgodziła i razem weszli do sali mojej mamy.
Usiadłam obok Sophie, opierając łokcie na udach.
-Hope, Justin to najlepszy chłopak jakiego możesz sobie znaleźć. -odparła, wypalając mi dziurę swoim wzrokiem w policzku.
Skąd ona wiedziała, że akurat o tym chciałam rozmawiać?
-Wiem o tym. -rzuciłam przelotnie.
-Więc, porozmawiaj z nim w końcu.
-Znam go cztery dni. Czy naprawdę uważasz, że mam z nim porozmawiać o czymś więcej?
-Tak.
Spojrzałam na nią zdziwiona.
-Naprawdę?
-Tak. -powiedziała stanowczo.
Przytaknęłam i wstałam z krzesła. Nie miałam zamiaru jeszcze z nim tym rozmawiać, nie teraz.
Przez szybę dopatrzyłam się, jak rozmawia z moją mamą i z Kim. Znów usiadłam na krzesło.
Zrobię to, gdy będę gotowa.
~*~
Weszłam do bufetu, spragniona jak nigdy kawy. Podeszłam do lady, przy której stała dosyć przy kości, starsza kobieta. Na jej uniformie widniała plakietka, która mówiła, że nazywa się Lorna.
-Coś podać ślicznotko? -zwróciła się do mnie, i ciepło się uśmiechnęła.
-Tak, poproszę dwie, mocne kawy z pianką. -odparłam, również się uśmiechając.
-Już się robi. -zanuciła i zajęła się przyrządem do kawy.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nie przypominało w najmniejszym stopniu czegoś powiązanego ze szpitalem. Pomarańczowo-żółte ściany i ciemne meble nadawały temu miejscu ciepła. Być może dlatego siedziało tu tyle ludzi. W rogu siedział znany mi mężczyzna. Podeszłam do niego i usiadłam obok.
-Tato...-szepnęłam spokojnie. -Tato, musisz się wziąć w garść.
Nawet nie uniósł głowy, tylko ciągle miał ją spuszczoną w dół. Moje gadanie nic nie da, jest uparty. Jedyną osobą, którą zawsze szanował i słuchał była moja mama, ale cholera teraz to z jej powodu się załamuje.
Trzeba dać mu czas.
Odeszłam od niego i odebrałam napój od Lorny, po czym udałam się znów na górę.
Akurat, gdy ja weszłam po schodach z sali wyszli Justin i Kim. Odetchnęłam spokojnie, gdy zobaczyłam uśmiechy na ich twarzach.
Podałam kawę Sophie i usiadłam obok niej, popijając spory łyk.
-Hope. -Kim zwróciła się do mnie. -Przepraszam cię. -podeszła do mnie i mocno przytuliła, wylewając zawartość kubka na mój sweter i na podłogę. Krzyknęłam jak oparzona, bo w rzeczywistości byłam oparzona.
-Cholera. -syknęłam z bólu, który przeszył cały mój brzuch od niemiłosiernego pieczenia.
-O boże, Hope. Tak strasznie cię przepraszam. -jęknęła blondynka, zakrywając usta ręką.
-Nie nic, nic się nie stało. -szepnęłam, ale w rzeczywistości nie mogłam przyłożyć w to miejsce nawet ręki, bo tak strasznie mnie bolało.
-Hope, chodź. To trzeba przemyć zimną wodą. -rzucił Justin i chwytając moją torbę, lekko pociągnął mnie do łazienki.
Dopiero, gdy drzwi się zamknęły wydarłam się jak najgłośniej mogłam.
-To boli, tak cholernie boli. -syknęłam, szybko ściągając z siebie to gówno, czym był mój ulubiony sweter. Nawet nie zwróciłam uwagi, że Justin nadal był w łazience, a ja aktualnie byłam w samym staniku. Nie minęło kilka sekund, a ja już byłam czerwona jak burak i nie wiedziałam co robić.
Na szczęście on wiedział. -Chodź tutaj. -poklepał blat przy umywalce. Szybkim ruchem na niego usiadłam i czekałam na dalsze posunięcie.
Chłopak namoczył kawałek papieru zimną wodą i delikatnie mnie przysunął, przez co moje uda były tak jakby owinięte wokół jego bioder. Przyłożył w końcu papier do mojego ciała, na co ostro jęknęłam. To tak piekło. Od razu się cofnął, ale ja przyciągnęłam go z powrotem za koszulkę. Nasze twarze dzieliły milimetry, może nawet mniej. Chciałam się odsunąć, ale on zmienił położenie mojego podbródka, kierując go wprost na siebie. Nie czekałam długo, gdy jego usta spoczęły na moich, całując tak, jakby świat zaraz miał przepaść.
-8-
Hope.
-Gdzie jest Hope?! -mogłabym przysiąc, że cały bufet szpitalny ją słyszał. -Chcę rozmawiać tylko z nią!
Wyrwałam się z objęć Justina i podbiegłam do siostry. -Spokojnie, Kim. -szepnęłam jej we włosy.
-Hope...to prawda? Mama, ona...niedługo...
-Cicho Kim, spokojnie. Wszystko będzie dobrze, obiecuję ci. Jestem tutaj, siostrzyczko.
-Nie odejdziesz? -spytała delikatnie.
-Czemu miałabym?
-Nie odejdziesz jak mama? -znów spytała.
Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie płakałam. Nie mogłam.
-Nie odejdę Kim, zawsze będę przy tobie, aniołku. Zawsze.
~*~
Obudził mnie głośny krzyk. Zerwałam się z łóżka i pobiegłam do pokoju Kim. Siedziała zapłakana na łózku.
Podeszłam do niej i siadając obok niej, mocno ją przytuliłam. -Szzzz, spokojnie Kim, to tylko sen. -szepnęłam. -To tylko sen.
-Mama, ona była cała we krwi. -sapała.
-Kim, to był tylko sen, to nie prawda. -uspokajałam ją. -Spróbuj zasnąć, aniołku.
-N-nie mogę.
-Spróbuj.
-Zaśpiewasz mi coś? -spytała, kładąc się na jednej z poduszek.
-Okej.
Zanuciłam kawałek znanej nam obydwu piosenki o motylku, który zgubił się na łące, ale w końcu znalazł drogę do domu.
-Gdzie jest Hope?! -mogłabym przysiąc, że cały bufet szpitalny ją słyszał. -Chcę rozmawiać tylko z nią!
Wyrwałam się z objęć Justina i podbiegłam do siostry. -Spokojnie, Kim. -szepnęłam jej we włosy.
-Hope...to prawda? Mama, ona...niedługo...
-Cicho Kim, spokojnie. Wszystko będzie dobrze, obiecuję ci. Jestem tutaj, siostrzyczko.
-Nie odejdziesz? -spytała delikatnie.
-Czemu miałabym?
-Nie odejdziesz jak mama? -znów spytała.
Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie płakałam. Nie mogłam.
-Nie odejdę Kim, zawsze będę przy tobie, aniołku. Zawsze.
~*~
Obudził mnie głośny krzyk. Zerwałam się z łóżka i pobiegłam do pokoju Kim. Siedziała zapłakana na łózku.
Podeszłam do niej i siadając obok niej, mocno ją przytuliłam. -Szzzz, spokojnie Kim, to tylko sen. -szepnęłam. -To tylko sen.
-Mama, ona była cała we krwi. -sapała.
-Kim, to był tylko sen, to nie prawda. -uspokajałam ją. -Spróbuj zasnąć, aniołku.
-N-nie mogę.
-Spróbuj.
-Zaśpiewasz mi coś? -spytała, kładąc się na jednej z poduszek.
-Okej.
Zanuciłam kawałek znanej nam obydwu piosenki o motylku, który zgubił się na łące, ale w końcu znalazł drogę do domu.
Zasnęła.
Odetchnęłam spokojnie i znów pokierowałam się prosto do swojego pokoju, ale po drodze się z kimś zderzyłam.
-Już okej? -spytał chłopak.
Śmieszył mnie widok Justina w dresach mojego taty i koszulce Brad'a, ale pominęłam to.
-Tak. -szepnęłam. -Idź spać.
-Na pewno wszystko okej?
-Tak, Justin. Ona po prostu to strasznie przeżywa, nic więcej.
Blondyn pokiwał twierdząco głową, że rozumie, po czym pokierował się na schody i zszedł na dół.
Cieszyłam się, że tak się o nas troszczy, chociaż tak mało mnie zna. Kto normalny tak robi? Sama nie wiem.
Chociaż, jestem pewna, że robiłabym to samo dla niego. Jest kochany.
~*~
-I co tam piszą? -spytałam wchodząc do kuchni, gdzie Justin czytał gazetę.
-Nie, ja wcale nie czytam głupich, babskich gazet. -odrzucił pismo, śmiejąc się. -Przewidziałaś się.
Uśmiechnęłam się lekko. Chociaż na chwilę.
-Zrobić ci śniadanie? -spytał po chwili milczenia. -Na pewno jesteś strasznie głodna i myślisz o tym, żeby w pierwszej kolejności zjeść mnie...-zarechotał, wstając od stołu. -Zrobię ci tosty, okej?
Pokiwałam głową.
-Justin?
-Hm?
-Twój tata nie ma nic przeciwko temu, że nie ma cię w domu? Wiesz...spędziłeś u nas całą noc, chociaż nie musiałeś. Na dodatek robisz mi teraz śniadanie...nie uważasz, że to trochę za dużo?
-Dzwoniłem do niego i powiedziałem jak wygląda sytuacja, a wiesz co on mi odpowiedział?
-Co?
-Że sam przyjedzie do szpitala zobaczyć czy czegoś nie potrzebujemy. -zaśmiał się. -Słuchaj, twój tata został na noc w szpitalu, a wy potrzebujecie w domu chociaż jednego faceta. Zresztą... kanapa w salonie jest bardzo wygodna. -stwierdził.
-Justin, znasz mnie trzy dni. -jęknęłam. -Nie mów, że pomagasz wszystkim, których znasz tak krótko.
-Na tyle krótko, żeby zdążyć poznać twojego tatę, najlepszą przyjaciółkę, brata twojej najlepszej przyjaciółki, twoich dziadków i twoją siostrę. -przyznał. -Po tym ile członków twojej rodziny poznałem, mogę wywnioskować, że znamy się trochę dłużej.
Uśmiechnęłam się lekko.
-Co fakt, to fakt.
Wszystkie bliskie mi osoby już zdążyły go poznać, na dodatek uważają, że byłby świetnym chłopakiem. Eh, żeby to było takie proste.
- Hej Kim. -blonyn uśmiechnął się lekko do niej, co odwzajemniła. -Chcesz tosty?
Przytaknęła, nadal milcząc.
-Wiesz Hope, Justin to naprawdę dobry przyjaciel. -stwierdziła Kim, uśmiechając się do mnie.
-Czemu tak myślisz?
-Tylko on z twoich wszystkich przyjaciół zrobił nam śniadanie. Moglibyście być świetną parą.
Okej, teraz to mocno się zarumieniłam. Justin zaczął się śmiać przy tosternicy, gdy tylko popatrzył na wyraz mojej twarzy. Zasłoniłam się dłońmi, chowając się pod stół.
-Kim. -jęknęłam. -Nie mów tak.
-W porządku, Hope. Prawie cała twoja rodzina mi tak mówiła. Twoja siostra jest po prostu następna. -widziałam na jego twarzy zawstydzony uśmieszek.
-Albo po prostu lubi jak robisz nam śniadanie. -zgromiłam Kim wzrokiem, ale ona jakby tego nie zauważała. Po prostu jadła z bezczelnym uśmiechem na twarzy.
Z kieszeni dresów mojego taty na Justinie dobiegł cichy dzwonek.
-Tak? Mhm. Okej. Ale, czekaj jak? Dobrze, to pa.
Skończył połączenie, patrząc na nas. -Jazz przyjedzie tu moim samochodem, i weźmie mi jakieś ciuchy na przebranie.
Przytaknęłam.
-Chociaż te dresy są bardzo wygodne. -uśmiechnął się do nas.
Robiło mi się ciepło na sercu, jak tylko Justin próbował nas na siłe rozbawić, żebyśmy tylko nie były smutne.
-Okej, chodź Kim. Muszę wziąć prysznic i cię uczesać. -wyciągnęłam do dziewczynki rękę, którą od razu chwyciła.
~*~
-Mogę iść tak ubrana? -spytała mnie, gdy tylko wyszłam z łazienki.
Miała na sobie czarne, grube rajstopy, czarną spódniczkę, trochę przed kolano i wsadzoną z nią kremową, bawełnianą bluzkę.
-Chyba tak, ale nałóż na siebie jakiś sweter. Nie chcę, żebyś zmarzła. Ten ładny, czarny w różyczki będzie pasował.
Blondynka popędziła do swojego pokoju, zostawiając mi parę minut dla siebie.
Postawiłam na klasyczny strój. Moje, niebiskie dżinsy i luźny sweter w paski załatwiły sprawę. Spojrzałam w lustro i od razu zachciało mi się płakać. Wyglądałam jak trup.
Szybko nałożyłam sporo korektoru na buzię, a na oczy odrobinę tuszu. Na stopy założyłam swoje, czarne converse, a włosy po prostu parę razy przeczesałam szczotką i byłam gotowa.
Do torby włożyłam kilka niezbędnych ,mi i Kim, dzisiaj rzeczy i zeszłam na dół.
Justin był już w pełni ubrany. Miał na sobie czerwone spodnie z krokiem, czarny T-shirt i dżinsową bluzę. Włosy, które rano mu opadały na czoło, teraz były pięknie ułożone i schowane pod czarnym fullcap'em. Wyglądał pięknie.
Po schodach zeszła Kim, nadal nie uczesana.
-Chodź tu do mnie. -przyciągnęłam ją na fotel i szybko zrobiłam jej dobierańca, opadającego lekko na jej ramię. -Teraz jesteś piękna. -zwróciłam się do niej.
-Nie tak jak ty. -jęknęła. -Prawda Justin?
Chłopak wydawał się być zaskoczony tym pytaniem, ale po chwili na jego twarz wstąpił uśmiech.
-Prawda Kim. Nikt nie dorównuje twojej siostrze.
Dziewczynka chwyciła Justina za rękę i razem wyszli z domu, pozostawiając mnie w chwilowym odrętwieniu. Czy to był jakiś żart, czy on mówił na poważnie?
-Tak, Justin. Ona po prostu to strasznie przeżywa, nic więcej.
Blondyn pokiwał twierdząco głową, że rozumie, po czym pokierował się na schody i zszedł na dół.
Cieszyłam się, że tak się o nas troszczy, chociaż tak mało mnie zna. Kto normalny tak robi? Sama nie wiem.
Chociaż, jestem pewna, że robiłabym to samo dla niego. Jest kochany.
~*~
-I co tam piszą? -spytałam wchodząc do kuchni, gdzie Justin czytał gazetę.
-Nie, ja wcale nie czytam głupich, babskich gazet. -odrzucił pismo, śmiejąc się. -Przewidziałaś się.
Uśmiechnęłam się lekko. Chociaż na chwilę.
-Zrobić ci śniadanie? -spytał po chwili milczenia. -Na pewno jesteś strasznie głodna i myślisz o tym, żeby w pierwszej kolejności zjeść mnie...-zarechotał, wstając od stołu. -Zrobię ci tosty, okej?
Pokiwałam głową.
-Justin?
-Hm?
-Twój tata nie ma nic przeciwko temu, że nie ma cię w domu? Wiesz...spędziłeś u nas całą noc, chociaż nie musiałeś. Na dodatek robisz mi teraz śniadanie...nie uważasz, że to trochę za dużo?
-Dzwoniłem do niego i powiedziałem jak wygląda sytuacja, a wiesz co on mi odpowiedział?
-Co?
-Że sam przyjedzie do szpitala zobaczyć czy czegoś nie potrzebujemy. -zaśmiał się. -Słuchaj, twój tata został na noc w szpitalu, a wy potrzebujecie w domu chociaż jednego faceta. Zresztą... kanapa w salonie jest bardzo wygodna. -stwierdził.
-Justin, znasz mnie trzy dni. -jęknęłam. -Nie mów, że pomagasz wszystkim, których znasz tak krótko.
-Na tyle krótko, żeby zdążyć poznać twojego tatę, najlepszą przyjaciółkę, brata twojej najlepszej przyjaciółki, twoich dziadków i twoją siostrę. -przyznał. -Po tym ile członków twojej rodziny poznałem, mogę wywnioskować, że znamy się trochę dłużej.
Uśmiechnęłam się lekko.
-Co fakt, to fakt.
Wszystkie bliskie mi osoby już zdążyły go poznać, na dodatek uważają, że byłby świetnym chłopakiem. Eh, żeby to było takie proste.
- Hej Kim. -blonyn uśmiechnął się lekko do niej, co odwzajemniła. -Chcesz tosty?
Przytaknęła, nadal milcząc.
-Wiesz Hope, Justin to naprawdę dobry przyjaciel. -stwierdziła Kim, uśmiechając się do mnie.
-Czemu tak myślisz?
-Tylko on z twoich wszystkich przyjaciół zrobił nam śniadanie. Moglibyście być świetną parą.
Okej, teraz to mocno się zarumieniłam. Justin zaczął się śmiać przy tosternicy, gdy tylko popatrzył na wyraz mojej twarzy. Zasłoniłam się dłońmi, chowając się pod stół.
-Kim. -jęknęłam. -Nie mów tak.
-W porządku, Hope. Prawie cała twoja rodzina mi tak mówiła. Twoja siostra jest po prostu następna. -widziałam na jego twarzy zawstydzony uśmieszek.
-Albo po prostu lubi jak robisz nam śniadanie. -zgromiłam Kim wzrokiem, ale ona jakby tego nie zauważała. Po prostu jadła z bezczelnym uśmiechem na twarzy.
Z kieszeni dresów mojego taty na Justinie dobiegł cichy dzwonek.
-Tak? Mhm. Okej. Ale, czekaj jak? Dobrze, to pa.
Skończył połączenie, patrząc na nas. -Jazz przyjedzie tu moim samochodem, i weźmie mi jakieś ciuchy na przebranie.
Przytaknęłam.
-Chociaż te dresy są bardzo wygodne. -uśmiechnął się do nas.
Robiło mi się ciepło na sercu, jak tylko Justin próbował nas na siłe rozbawić, żebyśmy tylko nie były smutne.
-Okej, chodź Kim. Muszę wziąć prysznic i cię uczesać. -wyciągnęłam do dziewczynki rękę, którą od razu chwyciła.
~*~
-Mogę iść tak ubrana? -spytała mnie, gdy tylko wyszłam z łazienki.
Miała na sobie czarne, grube rajstopy, czarną spódniczkę, trochę przed kolano i wsadzoną z nią kremową, bawełnianą bluzkę.
-Chyba tak, ale nałóż na siebie jakiś sweter. Nie chcę, żebyś zmarzła. Ten ładny, czarny w różyczki będzie pasował.
Blondynka popędziła do swojego pokoju, zostawiając mi parę minut dla siebie.
Postawiłam na klasyczny strój. Moje, niebiskie dżinsy i luźny sweter w paski załatwiły sprawę. Spojrzałam w lustro i od razu zachciało mi się płakać. Wyglądałam jak trup.
Szybko nałożyłam sporo korektoru na buzię, a na oczy odrobinę tuszu. Na stopy założyłam swoje, czarne converse, a włosy po prostu parę razy przeczesałam szczotką i byłam gotowa.
Do torby włożyłam kilka niezbędnych ,mi i Kim, dzisiaj rzeczy i zeszłam na dół.
Justin był już w pełni ubrany. Miał na sobie czerwone spodnie z krokiem, czarny T-shirt i dżinsową bluzę. Włosy, które rano mu opadały na czoło, teraz były pięknie ułożone i schowane pod czarnym fullcap'em. Wyglądał pięknie.
Po schodach zeszła Kim, nadal nie uczesana.
-Chodź tu do mnie. -przyciągnęłam ją na fotel i szybko zrobiłam jej dobierańca, opadającego lekko na jej ramię. -Teraz jesteś piękna. -zwróciłam się do niej.
-Nie tak jak ty. -jęknęła. -Prawda Justin?
Chłopak wydawał się być zaskoczony tym pytaniem, ale po chwili na jego twarz wstąpił uśmiech.
-Prawda Kim. Nikt nie dorównuje twojej siostrze.
Dziewczynka chwyciła Justina za rękę i razem wyszli z domu, pozostawiając mnie w chwilowym odrętwieniu. Czy to był jakiś żart, czy on mówił na poważnie?
poniedziałek, 20 stycznia 2014
-7-
Hope.
Pierwsze co zrobiłam to zadzwoniłam do taty, który od razu powiedział, żebyśmy jechały do szpitala, a on postara się do nas jak najszybciej dołączyć.
Ale czym do cholery mamy jechać? Metrem? Już chyba wspominałam co sądzę o tym gównie na szynach.
Miałam tylko jeden sposób, jak się tam dostać. Zadzwoniłam do Brad'a. Nie powiem, że nie był zaskoczony, ale od razu się zgodził. Obiecał też, że zabierze ze sobą Sophie.
-Kim, Brad zawiezie nas do mamy. -oznajmiłam siostrze, która nadal siedziała w tej samej pozycji na podłodze. -Wszystko będzie dobrze...
-Dobrze? Czy ty tu byłaś, jak ona zasłabła? Jak po prostu zemdlała, a ja jej nie mogłam obudzić? Tak strasznie się przestraszyłam...ja, ja próbowałam, krzyczałam do niej, mówiłam spokojnie, ale ona nie reagowała, więc zadzwoniłam na pogotowie, ale...boże Hope. A co jeśli ona już się nie obudzi? - to czego się obawiałam, zaczęła panikować. Podeszłam do niej i stawiając ją na nogi, przytuliłam do siebie. Sięgała mi zaledwie trochę nad pas, a jej włosy, które były splecione w krótkiego warkocza, już dawno nie przypominały warkocza.
Chciałam też się rozpłakać, krzyczeć, rozpaczać, ale tu jest moja siostra i muszę ją przede wszystkim zapewniać że będzie dobrze, jednak w głębi duszy, chciałam najpierw sama siebie przekonać, że nic nie będzie naszej mamie.
-Ciii, Kim. Musisz być twarda. Uspokój się, wszystko będzie dobrze.
-Obiecujesz? -spytała, na chwilę na mnie patrząc.
-Obiecuję. -szepnęłam, całując ją w głowę.
-Tu jesteście. -stwierdził Brad, stojąc wraz z Sophie w drzwiach. Kim zaczęła jeszcze bardziej płakać, co wywołało chyba u Brad'a instynkt ojcowski, albo braterski, bo podszedł do nas i wziął małą na ręce, mocno tuląc. Kim dobrze znała Sophie i Brad'a. Nasze rodziny przyjaźniły się, od kiedy my z Soph bawiłyśmy się w księżniczki na placu zabaw, więc tak jakby moja siostra znała ich od urodzenia. Albo prościej-Brad był dla Kim jak brat, którego nigdy nie miała.
Patrząc na nich, ja również się rozpłakałam i podbiegłam to Sophie, tuląc ją mocno.
-Wszystko będzie okej, Hope. -szepnęła, masując moje plecy. -Teraz musisz być przykładem, nie możesz się rozklejać. Nasi rodzice już wiedzą. Jak tylko skończą pracę, będą z nami w szpitalu, a twój tata? Powiedziałaś mu?
-T-tak. -pociągnęłam nosem.
-Jedźmy tam, Hope. Nie marnujmy czasu. Może to nic poważnego.
~*~
Już od godziny siedzieliśmy na krzesłach w poczekalni. Moja mama była teraz badana, więc nas tam nie wpuścili.
W końcu z gabinetu wyszedł doktor i podszedł do nas.
-Witam. -uścisnął moją rękę. -Heavensbee. Jestem lekarzem twojej matki. Czy moglibyśmy porozmawiać? Może niech twój chłopak wejdzie tam z tobą. -pokazał brodą na Brad'a.
-On nie jest moim chłopakiem.
-Wporządku, Hope. Pójdę z tobą. -odparł chłopak, wstając z krzesła.
Usiedliśmy na odrobinę wygodniejszych krzesłach i wsłuchaliśmy się w słowa doktora.
-A więc, od czego by tu zacząć? Nie będe owijał w bawełnę i od razu powiem, że twoja matka ma raka. -powiedział ze stoickim spokojem w głosie.
Łzy napłynęły mi do oczu i wstrzymałam oddech. -Jak to ma raka?
Heavensbee jakby zignorował moje pytanie i mówił dalej, chodząc po gabinecie, co przypomniało mi o pewnej scenie z Dr.House'a.
-To rak mózgu. -Brad chwycił mnie mocno za rękę, patrząc na doktora jakby był nie z tej planety. -Nie jest to jeszcze stan krytyczny, ale wyciąć się go już nie da. Jest zbyt duży, i przez to uszkodzilibyśmy jej narząd.
Nie mogłam uwierzyć w to co właśnie słyszałam. Moja mama ma raka. Nie, to nie możliwe. -Przecież ona nigdy nie skarżyła się na jakiekolwiek bóle, była zawsze okazem zdrowia. -słone krople, spływały mi po policzkach.
-Możliwe, że po prostu nie wiedziała o istnieniu tego raka, jednak wczorajsze badania i dzisiejsze się od siebie różniły. Rak wpływa bardzo szybko na mózg twojej matki, jakby to ująć...niszczy go od środka. Wszystkie komórki jej mózgu zostaną zniszczone.
-Wczorajsze badania?
Teraz wszystko złożyło mi się w całość. To dlatego wczoraj to ja odbierałam Kim ze szkoły. To dlatego wróciła tak późno, na dodatek z zapuchniętymi od płaczu oczami. Boże, nawet się jej nie spytałam czy coś jest nie tak.
-O mój boże. -szepnęłam.
Czułam jak powoli tracę kontrolę. Była tak bliska od zwariowania, ale był ktoś kto jeszcze trzymał mnie przy zdrowych myślach, a tym kimś była Kim. Nie mogłam jej teraz zostawić. Nie teraz, gdy może stracić matke.
-Panno Richardson. -zwrócił się do mnie lekarz. -Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pani mama żyła jak najdłużej.
-Ile jej zostało? -spytałam przerażona. Zaczęłam się trząść.
-Nie mogę tego w zupełności określić...mogą to być dwa tygodnie, ale może to być też miesiąc. Wszystko zależy od tego jak szybko rak będzie robił swoje. -przytuliłam się mocno do Brad'a.
-Czy, czy ja mogę z nią porozmawiać? -spytałam ocierając trochę mokre policzki.
-Sala 113, tylko nie siedź tam za długo. Ona potrzebuje odpoczynku.
Wyszłam z sali nadal mocno trzymając się bruneta, jakbym zaraz miała się przewrócić i podbiegłam do Kim, mocno ją tuląc. -Kim. -jąkałam się. -Boże.
-Wszystko z nią będzie dobrze? -spytała, patrząc na mnie niewinnie. Jeszcze bardziej się rozryczałam.
-Hope...okej. Ja jej powiem,a ty, ty po prostu tam idź. -odparła Sophie, odciągając, razem ze swoim bratem Kim ode mnie.
Zostałam sama na korytarzu.
Idź tam. Idź.
Ruszyłam w stronę drzwi tuż naprzeciwko mnie. Numer 113, to tutaj.
Otworzyłam drzwi i ujrzałam moją mamę, patrzącą na mnie swoim, przepraszającym wzrokiem.
-Nie waż się mnie przepraszać, albo mówić mi że jest ci przykro, bo nie chcę tego słuchać. -odparłam sucho i weszłam wgłąb pomieszczenia. -Chcesz się już żegnać?
-Posłuchaj...
-Nie to ty mnie posłuchaj! Zostawiasz mnie, Kim i tatę samych! Czy ty sobie zdajesz sprawę, że nasza rodzina się rozpadnie? Że Kim...Kim dostanie szału, wpadnie w histerię. Ja..ja nie wytrzymam bez ciebie, tata się załamie. Czemu nie powiedziałaś nam wcześniej?
-Nie byłam na to gotowa. Tak bardzo cię przepraszam, Hope. Nie odwracaj się ode mnie teraz, teraz gdy potrzebuję cię najbardziej.
-Nie mam zamiaru się od ciebie odwracać, ale najzwyczajniej w świecie się boje. -już nic nie widziałam przez łzy. -Nie dam rady.
-Musisz być twarda, silna. Musisz zastąpić Kim mnie. Musisz o nią dbać, wiem że dasz radę, jesteś z mojej krwi.
Miała rację. Miała tą pieprzoną racje. To ode mnie teraz wszystko zależało.
Otarłam łzy rękoma. -Wiem, że to trudne, ale za parę dni nie będe pamiętała co chciałam ci powiedzieć. Wiesz co mi jest? -przerwała, ale gdy pokiwała głową mówiła dalej. -Ja wiem, że dasz radę. Jesteś moją córką. Musisz pokazać Kim, jak dorosnąć. Musisz być dla niej przykładem. Musisz być zawsze przy niej, rozumiesz?
-Rozumiem, mamo. -przytaknęłam, pociągając nosem. -Będe silna, nie poddam się. Obiecuję ci to. -podeszłam do niej i mocno ją przytuliłam. Była zimna, przez co jeszcze bardziej chciało mi się płakać.
-Idź do Kim. Ona cię potrzebuję. -powiedziała, odrywając się ode mnie. -Jesteś jej jedyną nadzieją.
Przytaknęłam grzecznie i wyszłam z sali. Teraz nie mogę być sobą. Odwaga to podstawa.
Na korytarzu siedział tata i Justin. Justin?
-Justin? Co ty tutaj robisz? -byłam strasznie zdziwiona.
-Chciałem do ciebie wpaść w sprawie projektu, ale zastałem w domu tylko twojego tatę, więc przyjechałem z nim. -sprostował, patrząc na mnie swoimi pięknymi oczami. -Jeśli jest coś co mogę zrobić...
Przerwałam mu, mocno się do niego tuląc. Poczułam się przez chwilę, jakby był moim chłopakiem, ale to nie trwało zbyt długo, bo mój tata się wtrącił.
-Czy ja też mogę tam wejść? -spytał się z kamienną miną na twarzy. Wiedziałam jak to przeżywał.
-Tato, czy ty już wiesz...-znów mi przerwał.
-Tak. Wiem. -rzucił mi oschle. Nawet na mnie nie patrzył.
-Możesz do niej wejść, tylko nie długo. Ona musi odpoczywać. -powiedziałam powoli, tak żeby zrozumiał, po czym razem z Justinem zeszłam na dół.
-Hope...tak mi przykro. -zaczął.
-Justin, spokojnie. Będzie mi potrzeba czasu na poukładanie tego wszystkiego, ale dam radę. Zostanę silna. Teraz liczy się tylko Kim. Może gdzieś ją widziałeś?
-Szła do bufetu, tak mi się wydaje. -odparł obejmując mnie delikatnie ramieniem, jakby nie wiedział czy może to zrobić.
Przytuliłam się do jego boku i westchnęłam. Pachniał żelem Axe i jakimiś drogimi perfumami. Na chwilę zapomniałam o wszystkim. O mamie, Kim, tacie, o wszystkim. Liczył się tylko on. Niestety nie na długo, bo do moich uszu dobiegł głośny krzyk Kim. Nie zwiastowało to czegoś dobrego.
Nie żartuj, Hope. Nic już nie jest dobre...
Pierwsze co zrobiłam to zadzwoniłam do taty, który od razu powiedział, żebyśmy jechały do szpitala, a on postara się do nas jak najszybciej dołączyć.
Ale czym do cholery mamy jechać? Metrem? Już chyba wspominałam co sądzę o tym gównie na szynach.
Miałam tylko jeden sposób, jak się tam dostać. Zadzwoniłam do Brad'a. Nie powiem, że nie był zaskoczony, ale od razu się zgodził. Obiecał też, że zabierze ze sobą Sophie.
-Kim, Brad zawiezie nas do mamy. -oznajmiłam siostrze, która nadal siedziała w tej samej pozycji na podłodze. -Wszystko będzie dobrze...
-Dobrze? Czy ty tu byłaś, jak ona zasłabła? Jak po prostu zemdlała, a ja jej nie mogłam obudzić? Tak strasznie się przestraszyłam...ja, ja próbowałam, krzyczałam do niej, mówiłam spokojnie, ale ona nie reagowała, więc zadzwoniłam na pogotowie, ale...boże Hope. A co jeśli ona już się nie obudzi? - to czego się obawiałam, zaczęła panikować. Podeszłam do niej i stawiając ją na nogi, przytuliłam do siebie. Sięgała mi zaledwie trochę nad pas, a jej włosy, które były splecione w krótkiego warkocza, już dawno nie przypominały warkocza.
Chciałam też się rozpłakać, krzyczeć, rozpaczać, ale tu jest moja siostra i muszę ją przede wszystkim zapewniać że będzie dobrze, jednak w głębi duszy, chciałam najpierw sama siebie przekonać, że nic nie będzie naszej mamie.
-Ciii, Kim. Musisz być twarda. Uspokój się, wszystko będzie dobrze.
-Obiecujesz? -spytała, na chwilę na mnie patrząc.
-Obiecuję. -szepnęłam, całując ją w głowę.
-Tu jesteście. -stwierdził Brad, stojąc wraz z Sophie w drzwiach. Kim zaczęła jeszcze bardziej płakać, co wywołało chyba u Brad'a instynkt ojcowski, albo braterski, bo podszedł do nas i wziął małą na ręce, mocno tuląc. Kim dobrze znała Sophie i Brad'a. Nasze rodziny przyjaźniły się, od kiedy my z Soph bawiłyśmy się w księżniczki na placu zabaw, więc tak jakby moja siostra znała ich od urodzenia. Albo prościej-Brad był dla Kim jak brat, którego nigdy nie miała.
Patrząc na nich, ja również się rozpłakałam i podbiegłam to Sophie, tuląc ją mocno.
-Wszystko będzie okej, Hope. -szepnęła, masując moje plecy. -Teraz musisz być przykładem, nie możesz się rozklejać. Nasi rodzice już wiedzą. Jak tylko skończą pracę, będą z nami w szpitalu, a twój tata? Powiedziałaś mu?
-T-tak. -pociągnęłam nosem.
-Jedźmy tam, Hope. Nie marnujmy czasu. Może to nic poważnego.
~*~
Już od godziny siedzieliśmy na krzesłach w poczekalni. Moja mama była teraz badana, więc nas tam nie wpuścili.
W końcu z gabinetu wyszedł doktor i podszedł do nas.
-Witam. -uścisnął moją rękę. -Heavensbee. Jestem lekarzem twojej matki. Czy moglibyśmy porozmawiać? Może niech twój chłopak wejdzie tam z tobą. -pokazał brodą na Brad'a.
-On nie jest moim chłopakiem.
-Wporządku, Hope. Pójdę z tobą. -odparł chłopak, wstając z krzesła.
Usiedliśmy na odrobinę wygodniejszych krzesłach i wsłuchaliśmy się w słowa doktora.
-A więc, od czego by tu zacząć? Nie będe owijał w bawełnę i od razu powiem, że twoja matka ma raka. -powiedział ze stoickim spokojem w głosie.
Łzy napłynęły mi do oczu i wstrzymałam oddech. -Jak to ma raka?
Heavensbee jakby zignorował moje pytanie i mówił dalej, chodząc po gabinecie, co przypomniało mi o pewnej scenie z Dr.House'a.
-To rak mózgu. -Brad chwycił mnie mocno za rękę, patrząc na doktora jakby był nie z tej planety. -Nie jest to jeszcze stan krytyczny, ale wyciąć się go już nie da. Jest zbyt duży, i przez to uszkodzilibyśmy jej narząd.
Nie mogłam uwierzyć w to co właśnie słyszałam. Moja mama ma raka. Nie, to nie możliwe. -Przecież ona nigdy nie skarżyła się na jakiekolwiek bóle, była zawsze okazem zdrowia. -słone krople, spływały mi po policzkach.
-Możliwe, że po prostu nie wiedziała o istnieniu tego raka, jednak wczorajsze badania i dzisiejsze się od siebie różniły. Rak wpływa bardzo szybko na mózg twojej matki, jakby to ująć...niszczy go od środka. Wszystkie komórki jej mózgu zostaną zniszczone.
-Wczorajsze badania?
Teraz wszystko złożyło mi się w całość. To dlatego wczoraj to ja odbierałam Kim ze szkoły. To dlatego wróciła tak późno, na dodatek z zapuchniętymi od płaczu oczami. Boże, nawet się jej nie spytałam czy coś jest nie tak.
-O mój boże. -szepnęłam.
Czułam jak powoli tracę kontrolę. Była tak bliska od zwariowania, ale był ktoś kto jeszcze trzymał mnie przy zdrowych myślach, a tym kimś była Kim. Nie mogłam jej teraz zostawić. Nie teraz, gdy może stracić matke.
-Panno Richardson. -zwrócił się do mnie lekarz. -Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pani mama żyła jak najdłużej.
-Ile jej zostało? -spytałam przerażona. Zaczęłam się trząść.
-Nie mogę tego w zupełności określić...mogą to być dwa tygodnie, ale może to być też miesiąc. Wszystko zależy od tego jak szybko rak będzie robił swoje. -przytuliłam się mocno do Brad'a.
-Czy, czy ja mogę z nią porozmawiać? -spytałam ocierając trochę mokre policzki.
-Sala 113, tylko nie siedź tam za długo. Ona potrzebuje odpoczynku.
Wyszłam z sali nadal mocno trzymając się bruneta, jakbym zaraz miała się przewrócić i podbiegłam do Kim, mocno ją tuląc. -Kim. -jąkałam się. -Boże.
-Wszystko z nią będzie dobrze? -spytała, patrząc na mnie niewinnie. Jeszcze bardziej się rozryczałam.
-Hope...okej. Ja jej powiem,a ty, ty po prostu tam idź. -odparła Sophie, odciągając, razem ze swoim bratem Kim ode mnie.
Zostałam sama na korytarzu.
Idź tam. Idź.
Ruszyłam w stronę drzwi tuż naprzeciwko mnie. Numer 113, to tutaj.
Otworzyłam drzwi i ujrzałam moją mamę, patrzącą na mnie swoim, przepraszającym wzrokiem.
-Nie waż się mnie przepraszać, albo mówić mi że jest ci przykro, bo nie chcę tego słuchać. -odparłam sucho i weszłam wgłąb pomieszczenia. -Chcesz się już żegnać?
-Posłuchaj...
-Nie to ty mnie posłuchaj! Zostawiasz mnie, Kim i tatę samych! Czy ty sobie zdajesz sprawę, że nasza rodzina się rozpadnie? Że Kim...Kim dostanie szału, wpadnie w histerię. Ja..ja nie wytrzymam bez ciebie, tata się załamie. Czemu nie powiedziałaś nam wcześniej?
-Nie byłam na to gotowa. Tak bardzo cię przepraszam, Hope. Nie odwracaj się ode mnie teraz, teraz gdy potrzebuję cię najbardziej.
-Nie mam zamiaru się od ciebie odwracać, ale najzwyczajniej w świecie się boje. -już nic nie widziałam przez łzy. -Nie dam rady.
-Musisz być twarda, silna. Musisz zastąpić Kim mnie. Musisz o nią dbać, wiem że dasz radę, jesteś z mojej krwi.
Miała rację. Miała tą pieprzoną racje. To ode mnie teraz wszystko zależało.
Otarłam łzy rękoma. -Wiem, że to trudne, ale za parę dni nie będe pamiętała co chciałam ci powiedzieć. Wiesz co mi jest? -przerwała, ale gdy pokiwała głową mówiła dalej. -Ja wiem, że dasz radę. Jesteś moją córką. Musisz pokazać Kim, jak dorosnąć. Musisz być dla niej przykładem. Musisz być zawsze przy niej, rozumiesz?
-Rozumiem, mamo. -przytaknęłam, pociągając nosem. -Będe silna, nie poddam się. Obiecuję ci to. -podeszłam do niej i mocno ją przytuliłam. Była zimna, przez co jeszcze bardziej chciało mi się płakać.
-Idź do Kim. Ona cię potrzebuję. -powiedziała, odrywając się ode mnie. -Jesteś jej jedyną nadzieją.
Przytaknęłam grzecznie i wyszłam z sali. Teraz nie mogę być sobą. Odwaga to podstawa.
Na korytarzu siedział tata i Justin. Justin?
-Justin? Co ty tutaj robisz? -byłam strasznie zdziwiona.
-Chciałem do ciebie wpaść w sprawie projektu, ale zastałem w domu tylko twojego tatę, więc przyjechałem z nim. -sprostował, patrząc na mnie swoimi pięknymi oczami. -Jeśli jest coś co mogę zrobić...
Przerwałam mu, mocno się do niego tuląc. Poczułam się przez chwilę, jakby był moim chłopakiem, ale to nie trwało zbyt długo, bo mój tata się wtrącił.
-Czy ja też mogę tam wejść? -spytał się z kamienną miną na twarzy. Wiedziałam jak to przeżywał.
-Tato, czy ty już wiesz...-znów mi przerwał.
-Tak. Wiem. -rzucił mi oschle. Nawet na mnie nie patrzył.
-Możesz do niej wejść, tylko nie długo. Ona musi odpoczywać. -powiedziałam powoli, tak żeby zrozumiał, po czym razem z Justinem zeszłam na dół.
-Hope...tak mi przykro. -zaczął.
-Justin, spokojnie. Będzie mi potrzeba czasu na poukładanie tego wszystkiego, ale dam radę. Zostanę silna. Teraz liczy się tylko Kim. Może gdzieś ją widziałeś?
-Szła do bufetu, tak mi się wydaje. -odparł obejmując mnie delikatnie ramieniem, jakby nie wiedział czy może to zrobić.
Przytuliłam się do jego boku i westchnęłam. Pachniał żelem Axe i jakimiś drogimi perfumami. Na chwilę zapomniałam o wszystkim. O mamie, Kim, tacie, o wszystkim. Liczył się tylko on. Niestety nie na długo, bo do moich uszu dobiegł głośny krzyk Kim. Nie zwiastowało to czegoś dobrego.
Nie żartuj, Hope. Nic już nie jest dobre...
-6-
Hope.
Gdy tylko skończyłam wszystkie lekcje, dostałam sms'a od mojej mamy. Przeczytałam go, jednocześnie otwierając szafkę, i nakładając na siebie kurtkę. Napisała mi tam, żebym to ja odebrała dziś Kim ze szkoły i żebym zrobiła jakiś obiad, bo ona ma coś pilnego do załatwienia.
Odbieranie Kim uważam za najdebilniejszą w dziejach historii sprawę. Ona ma 12 lat! Ja w jej wieku sama wracałam do domu, ale nie. Codziennie po pracy mama ją odbiera, bo ona "jest wykończona". Boże.
Przeczesałam ręką włosy, bo już wiedziałam jaka będzie jej reakcja jak mnie zobaczy. Jezu Chryste.
Wrzuciłam zbędne rzeczy do szafki i zatrzasnęłam ją, napotykając obok siebie twarz Justina.
-Hey. -skinął, uśmiechając się. -Jak tam po mandacie?
-Jest okej...pomijając to, że przyniosłam wstyd mojemu tacie, to jest wporządku. -posłałam mu spojrzenie typu miałam-przesrane-ale-co-z-tego.
Pokręcił głową z niedowierzaniem i zaczął się śmiać. -To była głupota. -przyznał. -Jak mogliśmy zapomnieć o biletach?
Odgarnął dłonią włosy, na co o mało się nie przewróciłam.
-Jak tam nowe przyjaźnie? Widziałam, że Jack przywłaszczył sobie już ciebie na dobre.
-Przywłaszczył? Nie nazwałbym tego w ten sposób. Po prostu jesteśmy w jednej drużynie w koszykówce.
-Dostałeś się do składu? -wow, mało jaki chłopak się tam dostaje. Skład był niezmienny od wieków.
Żeby się tam dostać trzeba było cudu, a jednak.
-A jakby inaczej? -rękoma starł niewidoczny pył z jego ramion, na co parsknęłam śmiechem. -Idziesz do domu?
-Nie. Idę po siostrę do jej szkoły. -odpowiedziałam, otwierając wielkie drzwi od szkoły. -Jeśli chcesz, możesz mi towarzyszyć. Nie będe czuła się samotnie. -posłałam mu lekki uśmieszek, szturchając lekko łokciem, na co ten uśmiechnął się szeroko.
-Chętnie. -rzucił tak nagle, że o mało co się nie przewróciłam.
-Spodziewałam się innej odpowiedzi. -odparłam szybko.
-Lubię zaskakiwać ludzi.
Przez resztę drogi dowiedziałam się wielu rzeczy o nim. Wiem, że mieszkał w Kanadzie, a jego mama urodziła go, gdy miała zaledwie 18 lat. Wiem też, że niedługo po urodzeniu się Jaxona- jego młodszego brata, ojciec zostawił ich, zabierając ze sobą tylko Jazmyn. Od tamtego czasu, on, Jaxon i Pattie-bo tak miała na imię jego mama-mieszkali w Kanadzie, a Jeremy-czyli ojciec dzieci-mieszkał w NYC.
Dla mnie było to trochę chore. Facet zostawił matkę z dwójką chłopaków i po prostu sobie wyjechał. Nie wyobrażam sobie siebie, samej, z dwójką dzieci, gdy mój mąż siedzi sobie w Nowym Jorku.
Dowiedziałam się też, że Justinowi strasznie podoba się Nowy Jork i zamierza zostać tu już na stałe, dopóki sam nie znajdzie sobie domu, z czego nie ukrywam, cieszę się.
-A więc to tutaj?
-Tak. -westchnęłam.
-Ile lat ma twoja siostra? -spytał, marszcząc brwi.
-Dwanaście.
-I odbierasz ją ze szkoły?
-Moja mama jest dziwna. -odparłam, posyłając mu nieśmiały uśmiech. Jestem pewna, że się zarumieniłam.
W drzwiach szkoły zauważyłam moje, stare dżinsy, przez co odrazu wiedziałam, że to Kim. Nabrałam powietrza w płuca i razem z Justinem podeszliśmy bliżej.
Jej koleżanki, widząc chłopaka zaczęły szeptać coś sobie na ucho i się śmiać, ale Kim była bardziej zażenowana, niż wniebowzięta. Podrapałam się niezręcznie po karku i skinęłam do niej głową. -Kim, mamie coś wypadło, więc musiałam cię odebrać. -odparłam, jakbym się jej tłumaczyła.
-Okej. -szepnęła prze chrypkę. -Poznaj moje przyjaciółki, Meg, Coni, Jess i Lily. -pokazywała ręką. -Dziewczyny to moja siostra i...-urwała patrząc na blondyna.
-Jestem Justin, przyjaciel Hope. -sprostował wpychając ręce do kieszeni.
-I przyjaciel Hope, Justin. -dokończyła.
-Miło was poznać. -rzuciłam, posyłając każdej z nich sympatyczny uśmiech. -Kim, możemy już iść?
-Tak. -odpowiedziała i rzucając dziewczynom zwykłe "hej" dołączyła do nas.
Między nami zapadła niezręczna cisza. Tylko Justin nie czuł się nieswojo, no bo w sumie czemu miałby się tak czuć?
Gwizdał sobie jakąś melodię i spoglądał co chwila na nas.
-Ej Hope, dzięki że po mnie przyszłaś...ale mogłam wrócić sama.
-Mama mi kazała. -rzuciłam oschle. -Nie chcę mieć potem problemów, bo jej nie posłuchałam.
-Rozumiem, ale wiesz...muszę jej chyba podziękować. -odparła z lekkim uśmiechem na twarzy.
-Co masz na myśli?
-Gdyby nie ona, nigdy byś po mnie nie przyszła. -milczałam. To było jak cios w samo serce. -Mylę się?
-Kim...-zaczęłam. -Możemy o tym porozmawiać w domu?
Przytaknęła , odrazu zmieniając temat. -A więc, jesteście razem? -spytała jak gdyby nigdy nic.
Co? Moja własna siostra? Co?
Justin uśmiechnął się znacząco do mnie. -Nie, nie jesteśmy. -odpowiedział jej.
Rozlała się po mnie fala nieprzyjemnego uczucia. Nawet jeśli to była prawda, to zabolało mnie to w jaki sposób to powiedział. Jakby nigdy w życiu nie mógł się ze mną związać.
-Okej. -podniosła ręce. -Tylko pytałam.
Czas powrotny minął tak szybko, że się nie zorientowałam. Kim i Justin dobrze się dogadywali, co mnie ucieszyło. Widać, że działa tak na wszystkie dziewczyny.
Blondynka przytuliła go na pożegnanie, co zaskoczyło i mnie i Biebera, ale on się nie sprzeciwiał. Nie wyglądał na raniącego dziewczyny. -Pa Justin. -rzuciła, wbiegając do domu.
-Uszczęśliwiasz ją. -przyznałam. -To dobrze widzieć ją chociaż czasem wesołą.
-Urok osobisty, tak sądzę. -znów wykonał ten ruch strzepywania niewidzialnego pyłku z ramion.
-Próżność to grzech. -wytknęłam, machając mu przed nosem palcem.
-Czas już na mnie. -odparł, śmiejąc się. -Widzimy się jutro w szkole, nie?
-Tak, jak zwykle.
-Jutro jest Angielski. -posłał mi ostatni uśmiech i zanim zaczęłam ogarniać co się dzieje, pocałował mnie lekko w mój policzek. -Do zobaczenia, Hope.- pożegnał się i wyszedł przez furtkę mojego domu na chodnik. Odprowadziłam go wzrokiem aż do następnego zakrętu i poszłam do domu.
To było niesamowicie niesamowite.
~*~
-Rany, jaki on jest przystojny. -jęknęła Sophie, przy lunchu.
-Kto? -spojrzałam na nią niepewnie.
-No Matt. On jest skate'em, kumasz? Jeździ na desce, robi triki...kocham go. -podparła brogę o wnętrze swojej dłoni i patrzyła na niego swoim rozmarzonym wzrokiem.
-Serio Soph? Od kiedy podobają ci się skate'ci?
-Od zawsze...patrz tylko na jego włosy, oczy, to wszystko. -wetchnęła. Poczułam się strasznie zażenowana tym, że Matt właśnie się na nas gapił, a ona ciągle była w niego wpatrzona. O jezu, co za porażka.
-Sophie. -zaczęłam. -Sophie, chodźmy...skończyłaś już jeść. -wyrwałam się od stołu i pociągnęłam za sobą dziewczynę.
-Chciałabym, żeby zaprosił mnie na bal. -westchnęła znowu. -I przyszedłby w pięknym, białym smokingu. -tak, jeśli chodzi o Sophie, jest strasznie nudną romantyczką.
-A ten tam...Niall? Ten co mnie i ciebie podwiózł do domu? Wyglądał na dokładnie kogoś w twoim typie.
-Żartujesz? Niall to gówno, w porównaniu z Matt'em. -oburzyła się.
Dałam jej kuksańsa w żebro. -Nie mam pojęcia jaki masz gust, ale Niall wydawał się być lepszy. -przyznałam zgodnie z prawdą.
Stanęłyśmy pod klasą, w której już za niecałą minutę miał być angielski. Usiadłam w ławce i rozłożyłam książki, a na nie położyłam długopis. Dziś również nie siedziałam z Sophie, ale z Justinem.
Wydawał się być dobry z tego przedmiotu, bo każdy wiersz znał doskonale na pamięć i powtarzał go mi prosto w twarz.
Ta lekcja była jedną z moich ulubionych, a napewno wyjątkowych, bo nie pamiętam kiedy ostatnio się tak dużo rumieniłam.
~*~
-Pa Soph. -pożegnałam się z przyjaciółką, krótkim całusem z policzek. -Dzięki za podwiezienie.
-Nie ma sprawy, powiedz Kim, że nadal ma moje kolczyki i że ma mi je oddać. -pokręciła palcem. Zachichotałam krótko.
-Przekaże, pa.
-Pa.
Wyczerpana szarpnęłam drzwiami i sprawnie przez nie weszłam do środka domu. Coś było nie tak, bo w całym pomieszczeniu panowała cisza, co nie jest normalne.
-Mamo? -zaczęłam trochę zdezorientowana. Powinny być tu już z Kim od dwóch godzin. -Kim?
Nikt się nie odzywał. Położyłam torbę na panelach w salonie i udałam się do kuchni, ale tam wcale nie było lepiej. Też nikogo nie dojrzałam, więc zapalając światło, chciałam odszukać jakiegoś obiadu. Jeśli nawet gdzieś pojechały, to powinny mi zostawić coś do jedzenia. Niestety nic. Nagle coś przykuło moją uwgę. Spojrzałam nieco w dół i odskoczyłam daleko przerażona.
Na podłodze siedziała Kim, cała zapłakana. Trzymała kolana, blisko klatki piersiowej, podtrzymując je rękoma i kołysząc się, jakby była nienormalna. -Boże Kim. -doskoczyłam do niej. -Co się stało? -przytuliłam ją jak najmocniej mogłam.
-Mama...ona...
-Co? Co się stało? Kim, powiedz mi.
Moje serce zaczęło szybciej bić, gdy wyobrażałam sobie wszytkie czarne scenariusze, które mogły się przydarzyć.
To jest Nowy Jork, a nie Bajkowy Świat.
Gdy tylko skończyłam wszystkie lekcje, dostałam sms'a od mojej mamy. Przeczytałam go, jednocześnie otwierając szafkę, i nakładając na siebie kurtkę. Napisała mi tam, żebym to ja odebrała dziś Kim ze szkoły i żebym zrobiła jakiś obiad, bo ona ma coś pilnego do załatwienia.
Odbieranie Kim uważam za najdebilniejszą w dziejach historii sprawę. Ona ma 12 lat! Ja w jej wieku sama wracałam do domu, ale nie. Codziennie po pracy mama ją odbiera, bo ona "jest wykończona". Boże.
Przeczesałam ręką włosy, bo już wiedziałam jaka będzie jej reakcja jak mnie zobaczy. Jezu Chryste.
Wrzuciłam zbędne rzeczy do szafki i zatrzasnęłam ją, napotykając obok siebie twarz Justina.
-Hey. -skinął, uśmiechając się. -Jak tam po mandacie?
-Jest okej...pomijając to, że przyniosłam wstyd mojemu tacie, to jest wporządku. -posłałam mu spojrzenie typu miałam-przesrane-ale-co-z-tego.
Pokręcił głową z niedowierzaniem i zaczął się śmiać. -To była głupota. -przyznał. -Jak mogliśmy zapomnieć o biletach?
Odgarnął dłonią włosy, na co o mało się nie przewróciłam.
-Jak tam nowe przyjaźnie? Widziałam, że Jack przywłaszczył sobie już ciebie na dobre.
-Przywłaszczył? Nie nazwałbym tego w ten sposób. Po prostu jesteśmy w jednej drużynie w koszykówce.
-Dostałeś się do składu? -wow, mało jaki chłopak się tam dostaje. Skład był niezmienny od wieków.
Żeby się tam dostać trzeba było cudu, a jednak.
-A jakby inaczej? -rękoma starł niewidoczny pył z jego ramion, na co parsknęłam śmiechem. -Idziesz do domu?
-Nie. Idę po siostrę do jej szkoły. -odpowiedziałam, otwierając wielkie drzwi od szkoły. -Jeśli chcesz, możesz mi towarzyszyć. Nie będe czuła się samotnie. -posłałam mu lekki uśmieszek, szturchając lekko łokciem, na co ten uśmiechnął się szeroko.
-Chętnie. -rzucił tak nagle, że o mało co się nie przewróciłam.
-Spodziewałam się innej odpowiedzi. -odparłam szybko.
-Lubię zaskakiwać ludzi.
Przez resztę drogi dowiedziałam się wielu rzeczy o nim. Wiem, że mieszkał w Kanadzie, a jego mama urodziła go, gdy miała zaledwie 18 lat. Wiem też, że niedługo po urodzeniu się Jaxona- jego młodszego brata, ojciec zostawił ich, zabierając ze sobą tylko Jazmyn. Od tamtego czasu, on, Jaxon i Pattie-bo tak miała na imię jego mama-mieszkali w Kanadzie, a Jeremy-czyli ojciec dzieci-mieszkał w NYC.
Dla mnie było to trochę chore. Facet zostawił matkę z dwójką chłopaków i po prostu sobie wyjechał. Nie wyobrażam sobie siebie, samej, z dwójką dzieci, gdy mój mąż siedzi sobie w Nowym Jorku.
Dowiedziałam się też, że Justinowi strasznie podoba się Nowy Jork i zamierza zostać tu już na stałe, dopóki sam nie znajdzie sobie domu, z czego nie ukrywam, cieszę się.
-A więc to tutaj?
-Tak. -westchnęłam.
-Ile lat ma twoja siostra? -spytał, marszcząc brwi.
-Dwanaście.
-I odbierasz ją ze szkoły?
-Moja mama jest dziwna. -odparłam, posyłając mu nieśmiały uśmiech. Jestem pewna, że się zarumieniłam.
W drzwiach szkoły zauważyłam moje, stare dżinsy, przez co odrazu wiedziałam, że to Kim. Nabrałam powietrza w płuca i razem z Justinem podeszliśmy bliżej.
Jej koleżanki, widząc chłopaka zaczęły szeptać coś sobie na ucho i się śmiać, ale Kim była bardziej zażenowana, niż wniebowzięta. Podrapałam się niezręcznie po karku i skinęłam do niej głową. -Kim, mamie coś wypadło, więc musiałam cię odebrać. -odparłam, jakbym się jej tłumaczyła.
-Okej. -szepnęła prze chrypkę. -Poznaj moje przyjaciółki, Meg, Coni, Jess i Lily. -pokazywała ręką. -Dziewczyny to moja siostra i...-urwała patrząc na blondyna.
-Jestem Justin, przyjaciel Hope. -sprostował wpychając ręce do kieszeni.
-I przyjaciel Hope, Justin. -dokończyła.
-Miło was poznać. -rzuciłam, posyłając każdej z nich sympatyczny uśmiech. -Kim, możemy już iść?
-Tak. -odpowiedziała i rzucając dziewczynom zwykłe "hej" dołączyła do nas.
Między nami zapadła niezręczna cisza. Tylko Justin nie czuł się nieswojo, no bo w sumie czemu miałby się tak czuć?
Gwizdał sobie jakąś melodię i spoglądał co chwila na nas.
-Ej Hope, dzięki że po mnie przyszłaś...ale mogłam wrócić sama.
-Mama mi kazała. -rzuciłam oschle. -Nie chcę mieć potem problemów, bo jej nie posłuchałam.
-Rozumiem, ale wiesz...muszę jej chyba podziękować. -odparła z lekkim uśmiechem na twarzy.
-Co masz na myśli?
-Gdyby nie ona, nigdy byś po mnie nie przyszła. -milczałam. To było jak cios w samo serce. -Mylę się?
-Kim...-zaczęłam. -Możemy o tym porozmawiać w domu?
Przytaknęła , odrazu zmieniając temat. -A więc, jesteście razem? -spytała jak gdyby nigdy nic.
Co? Moja własna siostra? Co?
Justin uśmiechnął się znacząco do mnie. -Nie, nie jesteśmy. -odpowiedział jej.
Rozlała się po mnie fala nieprzyjemnego uczucia. Nawet jeśli to była prawda, to zabolało mnie to w jaki sposób to powiedział. Jakby nigdy w życiu nie mógł się ze mną związać.
-Okej. -podniosła ręce. -Tylko pytałam.
Czas powrotny minął tak szybko, że się nie zorientowałam. Kim i Justin dobrze się dogadywali, co mnie ucieszyło. Widać, że działa tak na wszystkie dziewczyny.
Blondynka przytuliła go na pożegnanie, co zaskoczyło i mnie i Biebera, ale on się nie sprzeciwiał. Nie wyglądał na raniącego dziewczyny. -Pa Justin. -rzuciła, wbiegając do domu.
-Uszczęśliwiasz ją. -przyznałam. -To dobrze widzieć ją chociaż czasem wesołą.
-Urok osobisty, tak sądzę. -znów wykonał ten ruch strzepywania niewidzialnego pyłku z ramion.
-Próżność to grzech. -wytknęłam, machając mu przed nosem palcem.
-Czas już na mnie. -odparł, śmiejąc się. -Widzimy się jutro w szkole, nie?
-Tak, jak zwykle.
-Jutro jest Angielski. -posłał mi ostatni uśmiech i zanim zaczęłam ogarniać co się dzieje, pocałował mnie lekko w mój policzek. -Do zobaczenia, Hope.- pożegnał się i wyszedł przez furtkę mojego domu na chodnik. Odprowadziłam go wzrokiem aż do następnego zakrętu i poszłam do domu.
To było niesamowicie niesamowite.
~*~
-Rany, jaki on jest przystojny. -jęknęła Sophie, przy lunchu.
-Kto? -spojrzałam na nią niepewnie.
-No Matt. On jest skate'em, kumasz? Jeździ na desce, robi triki...kocham go. -podparła brogę o wnętrze swojej dłoni i patrzyła na niego swoim rozmarzonym wzrokiem.
-Serio Soph? Od kiedy podobają ci się skate'ci?
-Od zawsze...patrz tylko na jego włosy, oczy, to wszystko. -wetchnęła. Poczułam się strasznie zażenowana tym, że Matt właśnie się na nas gapił, a ona ciągle była w niego wpatrzona. O jezu, co za porażka.
-Sophie. -zaczęłam. -Sophie, chodźmy...skończyłaś już jeść. -wyrwałam się od stołu i pociągnęłam za sobą dziewczynę.
-Chciałabym, żeby zaprosił mnie na bal. -westchnęła znowu. -I przyszedłby w pięknym, białym smokingu. -tak, jeśli chodzi o Sophie, jest strasznie nudną romantyczką.
-A ten tam...Niall? Ten co mnie i ciebie podwiózł do domu? Wyglądał na dokładnie kogoś w twoim typie.
-Żartujesz? Niall to gówno, w porównaniu z Matt'em. -oburzyła się.
Dałam jej kuksańsa w żebro. -Nie mam pojęcia jaki masz gust, ale Niall wydawał się być lepszy. -przyznałam zgodnie z prawdą.
Stanęłyśmy pod klasą, w której już za niecałą minutę miał być angielski. Usiadłam w ławce i rozłożyłam książki, a na nie położyłam długopis. Dziś również nie siedziałam z Sophie, ale z Justinem.
Wydawał się być dobry z tego przedmiotu, bo każdy wiersz znał doskonale na pamięć i powtarzał go mi prosto w twarz.
Ta lekcja była jedną z moich ulubionych, a napewno wyjątkowych, bo nie pamiętam kiedy ostatnio się tak dużo rumieniłam.
~*~
-Pa Soph. -pożegnałam się z przyjaciółką, krótkim całusem z policzek. -Dzięki za podwiezienie.
-Nie ma sprawy, powiedz Kim, że nadal ma moje kolczyki i że ma mi je oddać. -pokręciła palcem. Zachichotałam krótko.
-Przekaże, pa.
-Pa.
Wyczerpana szarpnęłam drzwiami i sprawnie przez nie weszłam do środka domu. Coś było nie tak, bo w całym pomieszczeniu panowała cisza, co nie jest normalne.
-Mamo? -zaczęłam trochę zdezorientowana. Powinny być tu już z Kim od dwóch godzin. -Kim?
Nikt się nie odzywał. Położyłam torbę na panelach w salonie i udałam się do kuchni, ale tam wcale nie było lepiej. Też nikogo nie dojrzałam, więc zapalając światło, chciałam odszukać jakiegoś obiadu. Jeśli nawet gdzieś pojechały, to powinny mi zostawić coś do jedzenia. Niestety nic. Nagle coś przykuło moją uwgę. Spojrzałam nieco w dół i odskoczyłam daleko przerażona.
Na podłodze siedziała Kim, cała zapłakana. Trzymała kolana, blisko klatki piersiowej, podtrzymując je rękoma i kołysząc się, jakby była nienormalna. -Boże Kim. -doskoczyłam do niej. -Co się stało? -przytuliłam ją jak najmocniej mogłam.
-Mama...ona...
-Co? Co się stało? Kim, powiedz mi.
Moje serce zaczęło szybciej bić, gdy wyobrażałam sobie wszytkie czarne scenariusze, które mogły się przydarzyć.
To jest Nowy Jork, a nie Bajkowy Świat.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)