Z najpiękniejszego snu jaki kiedykolwiek miałam wyrwał mnie głośny dźwięk mojego budzika.
Jęknęłam cicho przykrywając się poduszką. Dziś nie miałam zamiaru nigdzie wstawać.
Znów odpłynęłam na jakiś czas, ale tym razem obudziła mnie mama.
-Hope, budzik ci się popsuł? Myślałam, że już jesteś gotowa.
-Nie mogłam wstać. -odparłam przeczesując włosy ręką. -Przepraszam.
-Mnie raczej nie powinnaś, ale pod naszym domem stoi samochód Brad'a, więc...powinnaś się szybko pozbierać. -uśmiechnęła się, wychodząc z pomieszczenia.
Westchnęłam głęboko i wstałam z łóżka, czego od razu pożałowałam, bo tak mi się zakręciło w głowie, że myślałam, że zemdleje. Skoro Brad (co jest bardzo dziwne) przyjechał już z Sophie odmówiłam sobie prysznica, i podziękowałam Bogu za to, że chociaż raz, gdy tego potrzebuje, moje włosy wyglądają w miarę dobrze. Upięłam je w niechlujnego koka i zabrałam się za strój. Dziś padało, więc na już nowo założoną bieliznę, nałożyłam mój ulubiony kremowy sweter, leginsy w brązowe wzory i ulubione, dość niskie, kawowe koturny. Z makijażem dzisiaj nie przesadzałam. Zakorektorowałam dosyć spore wory pod oczami, a na oczy nałożyłam trochę kredki i tuszu.
Po trzecim dzwonku do drzwi zorientowałam się, że już czas zejść na dół.
Praktycznie zleciałam po schodach i nałożyłam na siebie moją skórzaną kurtkę, żegnając się z mamą zwykłym "hej". Otworzyłam szybko drzwi, a zza nich wyłoniła się twarz Brad'a.
-Hej Hope. -rzucił uśmiechając się ukradkiem do mojej mamy.
-Hej. Gdzie jest Soph? -spytałam rozglądając się dookoła. -Nie mów, że ona...-urwałam zatrzaskując za sobą drzwi. -Dostała szlaban?
-W rzeczy samej. -posłał mi ten swój irytujący uśmieszek. -Na dodatek odsypia wczoraj, więc...miałem cię zawieźć do szkoły.
-Chwila...czyli dzisiaj nie będzie Sophie?
-Nie. -pokiwał głową energicznie.
-Okej? Ale czemu po mnie przyjechałeś?
-Nie mogłem po prostu chcieć? -wyrzucił ręce w powietrze w oznace frustracji.
-Słuchaj Brad. Znam cię od kiedy miałeś dwanaście lat i ciągle mi dokuczałeś, a teraz tak po prostu chciałeś mnie podwieźć? Coś tu śmierdzi. -skrzywiłam się.
-Okej...dobra. -uniósł ręce w oznace kapitulacji. -Sophie chciała, żebym zawiózł cię do szkoły, bo ona nie może.
-Istnieje coś takiego jak autobus. Dałabym rade.
-Śmiem wątpić. Okej, jeśli tego tak bardzo pragniesz, to ze szkoły wrócisz sobie autobusem. Zostało ci dziesięć minut do lekcji, więc uważałem, że jestem ci potrzebny, nic więcej.
-Dobra. -syknęłam i omijając chłopaka, weszłam do środka pojazdu. Pachniało tam wczorajszym alkoholem i dziwnym zapachem perfum Brad'a.
Zapięłam pas, tak samo jak to uczynił brunet, a po chwili wyjechaliśmy na ulicę.
Droga nie była długa, ale przez korki dłużyła się niemiłosiernie. Słyszałam jak chłopak kilka razy przeklina, ale po prostu to ignorowałam. Nigdy nie przepadałam za bratem Sophie, ale w tym przypadku nie miałam czasu na roztrząsanie kogo lubie, a kogo nie za bardzo. Nie chciałam się spóźnić, chociaż i tak wiedziałam, że to nastąpi.
W końcu dojechaliśmy na miejsce. Wyskoczyłam z samochodu, szczęśliwa z tego, że nie muszę już słuchać tej wiązanki przkleństw, która towarzyszyła mi od początku drogi. -Dzięki za podwiezienie. -rzuciłam oschle i zamknęłam drzwi pojazdu.
Resztę drogi przebiegłam. Do szafki wrzuciłam swoją kurtkę, a do torby włożyłam kilka książek na dzisiejszy dzień i zgodnie z planem pobiegłam na historię.
~*~
Opuściłam jako jedna z pierwszych klasę od bioligii i zorientowałam się, że jest czas na lunch. Szybkim marszem udałam się na sam dół szkoły, prosto do stołówki.
Cały bufet pękał w szwach. Wzięłam to co zawsze- kanapkę, butelkę wody i sałatkę z serem fetą-moim ulubionym.
Miałam zamiar usiąść przy stoliku, w którym zawsze siedze z Sophie i z koleżankami z naszej klasy, ale coś innego przykuło moją uwagę. Raczej nie coś, tylko ktoś.
Ten sam sposób ułożenia włosów...ten sam tatuaż na ramieniu. Justin.
Uśmiechnęłam się pod nosem i dosiadłam się do niego. -Nie usiądziesz z jakimiś dziewczynami? -spytałam zaczynając jakoś rozmowę, chociaż było mi niezręcznie. Blondyn odłożył gazetę, którą czytał i uważnie mi się przyjżał.
-Oh, to ty. -ściągnął brwi i oblizał wargi. Wow, on nawet nie ma pojęcia jak seksownie to wyglądało.
-We własnej osobie. -uśmiechnęłam się ciepło, przygryzając wargę zdenerwowana. -A więc? Czemu siedzisz sam?
-Nikogo tu jeszcze nie poznałem. Dopiero wróciłem od dyrektora. Wiesz, to co mogę tu robić, co jest dopuszczalne, a co nie....i te sprawy.
-Okej. -poruszyłam głową. -Jak ci się podoba szkoła?
-Jest...nowoczesna i wygląda dosyć fajnie, ale fajnej szkoły nie czyni tylko wystrój. Czynią ją też ludzie. -posłał mi niewinny uśmiech, co wyglądało słodko.
-Pokażesz mi swój plan? Może mamy razem jakieś lekcje. -zaproponowałam.
Justin włożył jedną ręce do plecaka i wygrzebał z niego białą karteczkę, po czym mi ją podał.
-Mamy razem Wf i Angielski. -odparłam przyglądając się starannie. Nie byłam zadowolona, że mam z nim tylko dwa przedmioty, ale zawsze coś.
-To chyba dobrze, nie?
-To bardzo dobrze, a wiesz co jest jeszcze lepsze?- spytałam szczerząc się.
-Co?
-Że po lunch'u mamy angielski.
~*~
Jak zawsze zajęłam swoje standardowe miejsce z tyłu na angielskim, jednak miejsce Sophie dziś zajmował Justin. Uśmiechał się do mnie co chwilę, na zmianę notując coś w swoim zeszycie. Miał bardzo ładne pismo. Staranne i pochyłe, jakby ktoś napisał coś na komputerze kursywą i wkleił do jego zeszytu.
-Wiem, że najgorszym co mogę wam zrobić to kazać wam napisać wypracowanie...-zaczął pan Brown. -Ale niestety, lub stety muszę to zrobić. -po klasie rozległ się długi jęk. -Ale mam też dla was niespodziankę. Każdemu z was wyznaczyłem partnera, abyście nie byli sami. Na tej oto liście...-pokazał na tablicę za sobą. -wiszą wasze nazwiska. Na dokończenie pracy macie równo dwa tygodnie. Praca ma dotyczyć czegoś co mnie zaciekawi, czegoś od siebie...czegoś co powali mnie na kolana, albo chociaż czegoś co mnie zainrtyguje, rozumiemy się panno Richardson? -zwrócił się do mnie, ale wiedział, że na jego lekcjach uważam, więc pokiwałam energicznie głową, posyłając siwemu mężczyźnie ciepły uśmiech. -Praca ma mieć temat sztuki starożytnej. To wszystko. Spakujcie się. -zaraz po jego przemówieniu zadzwonił dzwonek, obwieszczając mi, że teraz mam ostatnią lekcję, jaką jest matematyka.
Podniosłam torbę z ławki i podeszłam do tablicy.
Hope Richardson i Justin Bieber. -przeczytałam po cichu i powtórzyłam to sobie kilka razy w głowie.
Ciepły oddech owiał moje ramię, przez co lekko odwtóciłam głowę, aby ujrzeć uśmiechniętego Justina.
-Jak widać, jesteśmy razem. -odparł.
-Na to wygląda. -przyznałam ze szczerym uśmiechem na ustach.
Zapowiada się nieźle, Hope.
-Okej...dobra. -uniósł ręce w oznace kapitulacji. -Sophie chciała, żebym zawiózł cię do szkoły, bo ona nie może.
-Istnieje coś takiego jak autobus. Dałabym rade.
-Śmiem wątpić. Okej, jeśli tego tak bardzo pragniesz, to ze szkoły wrócisz sobie autobusem. Zostało ci dziesięć minut do lekcji, więc uważałem, że jestem ci potrzebny, nic więcej.
-Dobra. -syknęłam i omijając chłopaka, weszłam do środka pojazdu. Pachniało tam wczorajszym alkoholem i dziwnym zapachem perfum Brad'a.
Zapięłam pas, tak samo jak to uczynił brunet, a po chwili wyjechaliśmy na ulicę.
Droga nie była długa, ale przez korki dłużyła się niemiłosiernie. Słyszałam jak chłopak kilka razy przeklina, ale po prostu to ignorowałam. Nigdy nie przepadałam za bratem Sophie, ale w tym przypadku nie miałam czasu na roztrząsanie kogo lubie, a kogo nie za bardzo. Nie chciałam się spóźnić, chociaż i tak wiedziałam, że to nastąpi.
W końcu dojechaliśmy na miejsce. Wyskoczyłam z samochodu, szczęśliwa z tego, że nie muszę już słuchać tej wiązanki przkleństw, która towarzyszyła mi od początku drogi. -Dzięki za podwiezienie. -rzuciłam oschle i zamknęłam drzwi pojazdu.
Resztę drogi przebiegłam. Do szafki wrzuciłam swoją kurtkę, a do torby włożyłam kilka książek na dzisiejszy dzień i zgodnie z planem pobiegłam na historię.
~*~
Opuściłam jako jedna z pierwszych klasę od bioligii i zorientowałam się, że jest czas na lunch. Szybkim marszem udałam się na sam dół szkoły, prosto do stołówki.
Cały bufet pękał w szwach. Wzięłam to co zawsze- kanapkę, butelkę wody i sałatkę z serem fetą-moim ulubionym.
Miałam zamiar usiąść przy stoliku, w którym zawsze siedze z Sophie i z koleżankami z naszej klasy, ale coś innego przykuło moją uwagę. Raczej nie coś, tylko ktoś.
Ten sam sposób ułożenia włosów...ten sam tatuaż na ramieniu. Justin.
Uśmiechnęłam się pod nosem i dosiadłam się do niego. -Nie usiądziesz z jakimiś dziewczynami? -spytałam zaczynając jakoś rozmowę, chociaż było mi niezręcznie. Blondyn odłożył gazetę, którą czytał i uważnie mi się przyjżał.
-Oh, to ty. -ściągnął brwi i oblizał wargi. Wow, on nawet nie ma pojęcia jak seksownie to wyglądało.
-We własnej osobie. -uśmiechnęłam się ciepło, przygryzając wargę zdenerwowana. -A więc? Czemu siedzisz sam?
-Nikogo tu jeszcze nie poznałem. Dopiero wróciłem od dyrektora. Wiesz, to co mogę tu robić, co jest dopuszczalne, a co nie....i te sprawy.
-Okej. -poruszyłam głową. -Jak ci się podoba szkoła?
-Jest...nowoczesna i wygląda dosyć fajnie, ale fajnej szkoły nie czyni tylko wystrój. Czynią ją też ludzie. -posłał mi niewinny uśmiech, co wyglądało słodko.
-Pokażesz mi swój plan? Może mamy razem jakieś lekcje. -zaproponowałam.
Justin włożył jedną ręce do plecaka i wygrzebał z niego białą karteczkę, po czym mi ją podał.
-Mamy razem Wf i Angielski. -odparłam przyglądając się starannie. Nie byłam zadowolona, że mam z nim tylko dwa przedmioty, ale zawsze coś.
-To chyba dobrze, nie?
-To bardzo dobrze, a wiesz co jest jeszcze lepsze?- spytałam szczerząc się.
-Co?
-Że po lunch'u mamy angielski.
~*~
Jak zawsze zajęłam swoje standardowe miejsce z tyłu na angielskim, jednak miejsce Sophie dziś zajmował Justin. Uśmiechał się do mnie co chwilę, na zmianę notując coś w swoim zeszycie. Miał bardzo ładne pismo. Staranne i pochyłe, jakby ktoś napisał coś na komputerze kursywą i wkleił do jego zeszytu.
-Wiem, że najgorszym co mogę wam zrobić to kazać wam napisać wypracowanie...-zaczął pan Brown. -Ale niestety, lub stety muszę to zrobić. -po klasie rozległ się długi jęk. -Ale mam też dla was niespodziankę. Każdemu z was wyznaczyłem partnera, abyście nie byli sami. Na tej oto liście...-pokazał na tablicę za sobą. -wiszą wasze nazwiska. Na dokończenie pracy macie równo dwa tygodnie. Praca ma dotyczyć czegoś co mnie zaciekawi, czegoś od siebie...czegoś co powali mnie na kolana, albo chociaż czegoś co mnie zainrtyguje, rozumiemy się panno Richardson? -zwrócił się do mnie, ale wiedział, że na jego lekcjach uważam, więc pokiwałam energicznie głową, posyłając siwemu mężczyźnie ciepły uśmiech. -Praca ma mieć temat sztuki starożytnej. To wszystko. Spakujcie się. -zaraz po jego przemówieniu zadzwonił dzwonek, obwieszczając mi, że teraz mam ostatnią lekcję, jaką jest matematyka.
Podniosłam torbę z ławki i podeszłam do tablicy.
Hope Richardson i Justin Bieber. -przeczytałam po cichu i powtórzyłam to sobie kilka razy w głowie.
Ciepły oddech owiał moje ramię, przez co lekko odwtóciłam głowę, aby ujrzeć uśmiechniętego Justina.
-Jak widać, jesteśmy razem. -odparł.
-Na to wygląda. -przyznałam ze szczerym uśmiechem na ustach.
Zapowiada się nieźle, Hope.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Za każdy wasz komentarz, całego serca dziękuję x