piątek, 24 stycznia 2014

-13-

Hope.
Usiedliśmy zaraz w drugim rzędzie, ponieważ pierwszy był już zajęty. Kim coraz bardziej się podniecała, chociaż tak naprawdę nie było czym. Ja nawet straciłam chęć przebywania tu, ale Brad zmusił mnie, żebym jak on to mówi "siedziała na dupie", więc sami widzicie...nie miałam za sporego wyjścia.
-Myślę, że mecz się za chwilę zacznie. -odparł chłopak, owijając mnie swoim ramieniem. Od razu zrzuciłam rękę i popatrzyłam na niego z ukosa. -No co...to miała być randka, tak? -jego brwi poruszały się, jakby tańczyły salse.
-To. Nie. Jest. Randka. -robiłam przerwy między wyrazami, jak to ma w zwyczaju robić Kim.
-Wiem to, ale cudownie jest cię czasem powkurzać. -zarechotał, dając mi kuksańca w żebra.
-Jeśli próbujesz być zabawny, to ci nie wychodzi. -syknęłam, odwracając wzrok.
Na salę wbiegli zawodnicy, robiąc przy tym wielki szum na widowni. Wszyscy zaczęli klaskać i dopingować, jak tylko mogli. Dojrzałam tam Tysona- mojego kolegę z chemii, z którym zawsze robię wszystkie doświadczenia, bo jest mega śmieszny, a tuż obok niego stał Justin. Wszyscy mieli na sobie te same stroje, ale tylko on wyglądał w nim właśnie tak, jak powinien...
Co? Co to ma w ogóle znaczyć Hope?
Nasi i przeciwni zawodnicy podali sobie dłonie i zaczęła się gra. Pierwszy rzut, nazywany wsadem zaliczył Jack. Oh tak...puliczność szalała. Drugi rzut Tyson, a trzeci Justin, zarabiając przy tym  aż sześć punktów. Byłam z niego dumna...to znaczy z nich wszystkich. Świetnie współpracowali.  
W końcu nastąpiła przerwa i Kim wpadła na dość oryginalny pomysł.
-Ej Hope, pójdźmy się przywitać z Justinem. -jęknęła tonem, który błagał o pozwolenie.
-Nie, wykluczone Kim. On jest zajęty...nie ma mowy.
-Ale Hope, teraz jest akurat przerwa, a przerwy są właśnie po to, żeby porozmawiać z zawodnikami. -gestykulowała dziwnie rękoma.
-Nie. Przerwy są po to, żeby zawodnicy mogli odpocząć, a Justin właśnie to robi, więc nie wolno mu przeszkadzać.
-Jeśli coś, to ja mogę pójść z Kim. -zaproponował Brad. -Jeśli wymiękasz. -mrugnął.
Ugh, co za ludzie.
-Okej Kim, ale tylko na chwile. -sapnęłam, wstając z krzesła. -Tylko na chwile. -powtarzałam jej, dopóki nie zeszłyśmy po schodach. Wtedy byłam autentycznie martwa. Ręce nieprzyjemnie mi się spociły, więc puściłam blondynke, która od razu podbiegła do Justina.
O rany, co za wtopa. Tylko nie wymiękaj Hope. Będzie dobrze.
Podeszłam do Justina, przy którym stał też Tyson, który na szczęście wywabił mnie z opresji.
-Hej chicka. -tak właśnie mnie nazywał na chemii. -Cieszę się, że wpadłaś na mecz.
Uśmiechnęłam się do niego promiennie.
-Hej Tyson. Ja też się ciesze...wiesz, dosyć długo nie pojawiałam się w szkole.
-Tak, słyszałem o twojej mamie. Jeśli mógłbym jakoś pomóc...
-Nie Ty, spokojnie. -machnęłam ręką. -Niedługo znów będę w szkole, a wtedy znowu będziesz mógł mnie oblewać kwasami.
Chłopak parsknął śmiechem, na co i ja krótko zachichotałam.
-Wy się znacie? -spytał, zwracając się do nas Justin.
-Pewnie. -przytaknął Tyson z dziwnym uśmieszkiem na twarzy. -Siedzimy razem na chemii.
Justin ściągnął usta i poprosił Ty'a, żeby na chwilę zostawił nas samych.
-Nawet się ze mną nie przywitałaś. -zauważył chłopak, odkładając Kim na ziemię. Pewnie była za ciężka.
-Hej. -uśmiechnęłam się lekko.
Zignorował to i ciągnął dalej. -Jak twoja mama?
-Dziś do niej nie poszłam, ale coraz gorzej. Zapomina większości ludzi, nawet Kim nie kojarzy...jest...jest ciężko. -potarłam ramiona, próbując się nie ropłakać.
Justin rozłożył ramiona, w które od razu i bez wachania weszłam i mocno się do niego przytuliłam. Potarł lekko moje plecy, szepcząc mi do ucha:
-Zostaniesz do końca meczu?
-T-tak, chyba tak. -zająkałam się przez chwilę.
-Wtedy moglibyśmy dłużej pogadać, bo chciałbym ci o czymś powiedzieć.
-Okej, poczekam. -odparłam, jeszcze raz go tuląc.
W końcu po sali rozległ się długi i dosyć głośny dźwięk, który mówił, że mecz znów się zaczyna. Pożegnałam się z chłopakiem i razem z Kim wróciłyśmy na swoje miejsca.
-Lepiej ci już? -spytał Brad, jak zwykle się szczerząc.
-Lepiej.
~*~
-Gdzie Kim? -spytał, już po skończonym meczu. Teraz byliśmy zupełnie sami na sali.
-Z Brad'em. Nie chciałam, żeby nam przeszkadzała.
Chłopak przytaknął i usiadł tuż obok mnie.
-Wiesz...strasznie cię przepraszam za tamto. -zaczęłam nieśmiało.
-Już mówiłem, że się nie gniewam. Po prostu wkurzyło mnie to, że w pewnym sensie miałaś rację. Zająłem się nauką i jestem ci wdzięczny, że wtedy mnie wygoniłaś. Miałem spore tyły. -odparł z lekkim uśmieszkiem.
Nadal byłam spięta. -To o tym chciałeś rozmawiać?
-Nie do końca. Żałujesz tego?
-Czego? -zmarszczyłam lekko brwi, bo teraz nie miałam pojęcia o czym on mówi.
-Że mnie pocałowałaś. -wyjaśnił, szczerze patrząc mi się w oczy.
Oczywiście, że nie Justin! Miałam teraz dziką nadzieję, że poprosisz mnie, żebym była twoją dziewczyną.
-Ja n-nie wiem.
-A zrobiłabyś to jeszcze raz?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za każdy wasz komentarz, całego serca dziękuję x