Hope.
Pierwsze co zrobiłam to zadzwoniłam do taty, który od razu powiedział, żebyśmy jechały do szpitala, a on postara się do nas jak najszybciej dołączyć.
Ale czym do cholery mamy jechać? Metrem? Już chyba wspominałam co sądzę o tym gównie na szynach.
Miałam tylko jeden sposób, jak się tam dostać. Zadzwoniłam do Brad'a. Nie powiem, że nie był zaskoczony, ale od razu się zgodził. Obiecał też, że zabierze ze sobą Sophie.
-Kim, Brad zawiezie nas do mamy. -oznajmiłam siostrze, która nadal siedziała w tej samej pozycji na podłodze. -Wszystko będzie dobrze...
-Dobrze? Czy ty tu byłaś, jak ona zasłabła? Jak po prostu zemdlała, a ja jej nie mogłam obudzić? Tak strasznie się przestraszyłam...ja, ja próbowałam, krzyczałam do niej, mówiłam spokojnie, ale ona nie reagowała, więc zadzwoniłam na pogotowie, ale...boże Hope. A co jeśli ona już się nie obudzi? - to czego się obawiałam, zaczęła panikować. Podeszłam do niej i stawiając ją na nogi, przytuliłam do siebie. Sięgała mi zaledwie trochę nad pas, a jej włosy, które były splecione w krótkiego warkocza, już dawno nie przypominały warkocza.
Chciałam też się rozpłakać, krzyczeć, rozpaczać, ale tu jest moja siostra i muszę ją przede wszystkim zapewniać że będzie dobrze, jednak w głębi duszy, chciałam najpierw sama siebie przekonać, że nic nie będzie naszej mamie.
-Ciii, Kim. Musisz być twarda. Uspokój się, wszystko będzie dobrze.
-Obiecujesz? -spytała, na chwilę na mnie patrząc.
-Obiecuję. -szepnęłam, całując ją w głowę.
-Tu jesteście. -stwierdził Brad, stojąc wraz z Sophie w drzwiach. Kim zaczęła jeszcze bardziej płakać, co wywołało chyba u Brad'a instynkt ojcowski, albo braterski, bo podszedł do nas i wziął małą na ręce, mocno tuląc. Kim dobrze znała Sophie i Brad'a. Nasze rodziny przyjaźniły się, od kiedy my z Soph bawiłyśmy się w księżniczki na placu zabaw, więc tak jakby moja siostra znała ich od urodzenia. Albo prościej-Brad był dla Kim jak brat, którego nigdy nie miała.
Patrząc na nich, ja również się rozpłakałam i podbiegłam to Sophie, tuląc ją mocno.
-Wszystko będzie okej, Hope. -szepnęła, masując moje plecy. -Teraz musisz być przykładem, nie możesz się rozklejać. Nasi rodzice już wiedzą. Jak tylko skończą pracę, będą z nami w szpitalu, a twój tata? Powiedziałaś mu?
-T-tak. -pociągnęłam nosem.
-Jedźmy tam, Hope. Nie marnujmy czasu. Może to nic poważnego.
~*~
Już od godziny siedzieliśmy na krzesłach w poczekalni. Moja mama była teraz badana, więc nas tam nie wpuścili.
W końcu z gabinetu wyszedł doktor i podszedł do nas.
-Witam. -uścisnął moją rękę. -Heavensbee. Jestem lekarzem twojej matki. Czy moglibyśmy porozmawiać? Może niech twój chłopak wejdzie tam z tobą. -pokazał brodą na Brad'a.
-On nie jest moim chłopakiem.
-Wporządku, Hope. Pójdę z tobą. -odparł chłopak, wstając z krzesła.
Usiedliśmy na odrobinę wygodniejszych krzesłach i wsłuchaliśmy się w słowa doktora.
-A więc, od czego by tu zacząć? Nie będe owijał w bawełnę i od razu powiem, że twoja matka ma raka. -powiedział ze stoickim spokojem w głosie.
Łzy napłynęły mi do oczu i wstrzymałam oddech. -Jak to ma raka?
Heavensbee jakby zignorował moje pytanie i mówił dalej, chodząc po gabinecie, co przypomniało mi o pewnej scenie z Dr.House'a.
-To rak mózgu. -Brad chwycił mnie mocno za rękę, patrząc na doktora jakby był nie z tej planety. -Nie jest to jeszcze stan krytyczny, ale wyciąć się go już nie da. Jest zbyt duży, i przez to uszkodzilibyśmy jej narząd.
Nie mogłam uwierzyć w to co właśnie słyszałam. Moja mama ma raka. Nie, to nie możliwe. -Przecież ona nigdy nie skarżyła się na jakiekolwiek bóle, była zawsze okazem zdrowia. -słone krople, spływały mi po policzkach.
-Możliwe, że po prostu nie wiedziała o istnieniu tego raka, jednak wczorajsze badania i dzisiejsze się od siebie różniły. Rak wpływa bardzo szybko na mózg twojej matki, jakby to ująć...niszczy go od środka. Wszystkie komórki jej mózgu zostaną zniszczone.
-Wczorajsze badania?
Teraz wszystko złożyło mi się w całość. To dlatego wczoraj to ja odbierałam Kim ze szkoły. To dlatego wróciła tak późno, na dodatek z zapuchniętymi od płaczu oczami. Boże, nawet się jej nie spytałam czy coś jest nie tak.
-O mój boże. -szepnęłam.
Czułam jak powoli tracę kontrolę. Była tak bliska od zwariowania, ale był ktoś kto jeszcze trzymał mnie przy zdrowych myślach, a tym kimś była Kim. Nie mogłam jej teraz zostawić. Nie teraz, gdy może stracić matke.
-Panno Richardson. -zwrócił się do mnie lekarz. -Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pani mama żyła jak najdłużej.
-Ile jej zostało? -spytałam przerażona. Zaczęłam się trząść.
-Nie mogę tego w zupełności określić...mogą to być dwa tygodnie, ale może to być też miesiąc. Wszystko zależy od tego jak szybko rak będzie robił swoje. -przytuliłam się mocno do Brad'a.
-Czy, czy ja mogę z nią porozmawiać? -spytałam ocierając trochę mokre policzki.
-Sala 113, tylko nie siedź tam za długo. Ona potrzebuje odpoczynku.
Wyszłam z sali nadal mocno trzymając się bruneta, jakbym zaraz miała się przewrócić i podbiegłam do Kim, mocno ją tuląc. -Kim. -jąkałam się. -Boże.
-Wszystko z nią będzie dobrze? -spytała, patrząc na mnie niewinnie. Jeszcze bardziej się rozryczałam.
-Hope...okej. Ja jej powiem,a ty, ty po prostu tam idź. -odparła Sophie, odciągając, razem ze swoim bratem Kim ode mnie.
Zostałam sama na korytarzu.
Idź tam. Idź.
Ruszyłam w stronę drzwi tuż naprzeciwko mnie. Numer 113, to tutaj.
Otworzyłam drzwi i ujrzałam moją mamę, patrzącą na mnie swoim, przepraszającym wzrokiem.
-Nie waż się mnie przepraszać, albo mówić mi że jest ci przykro, bo nie chcę tego słuchać. -odparłam sucho i weszłam wgłąb pomieszczenia. -Chcesz się już żegnać?
-Posłuchaj...
-Nie to ty mnie posłuchaj! Zostawiasz mnie, Kim i tatę samych! Czy ty sobie zdajesz sprawę, że nasza rodzina się rozpadnie? Że Kim...Kim dostanie szału, wpadnie w histerię. Ja..ja nie wytrzymam bez ciebie, tata się załamie. Czemu nie powiedziałaś nam wcześniej?
-Nie byłam na to gotowa. Tak bardzo cię przepraszam, Hope. Nie odwracaj się ode mnie teraz, teraz gdy potrzebuję cię najbardziej.
-Nie mam zamiaru się od ciebie odwracać, ale najzwyczajniej w świecie się boje. -już nic nie widziałam przez łzy. -Nie dam rady.
-Musisz być twarda, silna. Musisz zastąpić Kim mnie. Musisz o nią dbać, wiem że dasz radę, jesteś z mojej krwi.
Miała rację. Miała tą pieprzoną racje. To ode mnie teraz wszystko zależało.
Otarłam łzy rękoma. -Wiem, że to trudne, ale za parę dni nie będe pamiętała co chciałam ci powiedzieć. Wiesz co mi jest? -przerwała, ale gdy pokiwała głową mówiła dalej. -Ja wiem, że dasz radę. Jesteś moją córką. Musisz pokazać Kim, jak dorosnąć. Musisz być dla niej przykładem. Musisz być zawsze przy niej, rozumiesz?
-Rozumiem, mamo. -przytaknęłam, pociągając nosem. -Będe silna, nie poddam się. Obiecuję ci to. -podeszłam do niej i mocno ją przytuliłam. Była zimna, przez co jeszcze bardziej chciało mi się płakać.
-Idź do Kim. Ona cię potrzebuję. -powiedziała, odrywając się ode mnie. -Jesteś jej jedyną nadzieją.
Przytaknęłam grzecznie i wyszłam z sali. Teraz nie mogę być sobą. Odwaga to podstawa.
Na korytarzu siedział tata i Justin. Justin?
-Justin? Co ty tutaj robisz? -byłam strasznie zdziwiona.
-Chciałem do ciebie wpaść w sprawie projektu, ale zastałem w domu tylko twojego tatę, więc przyjechałem z nim. -sprostował, patrząc na mnie swoimi pięknymi oczami. -Jeśli jest coś co mogę zrobić...
Przerwałam mu, mocno się do niego tuląc. Poczułam się przez chwilę, jakby był moim chłopakiem, ale to nie trwało zbyt długo, bo mój tata się wtrącił.
-Czy ja też mogę tam wejść? -spytał się z kamienną miną na twarzy. Wiedziałam jak to przeżywał.
-Tato, czy ty już wiesz...-znów mi przerwał.
-Tak. Wiem. -rzucił mi oschle. Nawet na mnie nie patrzył.
-Możesz do niej wejść, tylko nie długo. Ona musi odpoczywać. -powiedziałam powoli, tak żeby zrozumiał, po czym razem z Justinem zeszłam na dół.
-Hope...tak mi przykro. -zaczął.
-Justin, spokojnie. Będzie mi potrzeba czasu na poukładanie tego wszystkiego, ale dam radę. Zostanę silna. Teraz liczy się tylko Kim. Może gdzieś ją widziałeś?
-Szła do bufetu, tak mi się wydaje. -odparł obejmując mnie delikatnie ramieniem, jakby nie wiedział czy może to zrobić.
Przytuliłam się do jego boku i westchnęłam. Pachniał żelem Axe i jakimiś drogimi perfumami. Na chwilę zapomniałam o wszystkim. O mamie, Kim, tacie, o wszystkim. Liczył się tylko on. Niestety nie na długo, bo do moich uszu dobiegł głośny krzyk Kim. Nie zwiastowało to czegoś dobrego.
Nie żartuj, Hope. Nic już nie jest dobre...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Za każdy wasz komentarz, całego serca dziękuję x