poniedziałek, 13 stycznia 2014

-2-

Hope. 
W swoim życiu spotkałam wielu przystojnych chłopaków. Było ich bardzo dużo. Ale ten...był inny. Jego włosy były zaczesane do góry, a po bokach były wygolone. Piwne oczy przyglądały mi się przyjaźnie, a usta w kształcie serca były lekko przygryzione przez jego nadnaturalnie białe zęby. Był ubrany w białą, zwykłą koszulkę i czarne, luźne spodnie. Na jego głowie spoczywał czarny kapelusz, który tylko uwydatniał konstrukcję jego włosów. 
Dobra, Hope. Opanuj się, zanim się cała zaślinisz. 
-Hej. Miło was poznać. Jestem Hope. -uścisnęłam ich dłonie i rzuciłam jeden ze swoich najlepszych uśmiechów. 
-Czy to sukienka od Armaniego? -spytała blondynka tuż obok Justina. Wcześniej nie zwróciłam na nią uwagi. Była szczupła, miała ten sam kolor włosów co on, ale jednak coś różniło ją od niego. Nie mam pojęcia co. 
-Tak.
-Jest naprawdę piękna. 
-Dziękuję. -uśmiechnęłam się znowu. 
Atmosfera była dosyć napięta, bo nie znałam ich wcześniej. Tak właściwie wiedziałam, że chłopak przede mną ma na imię Justin i jest nieziemsko przystojny, a dziewczyna obok niego to Jazmyn. 
-Jak ci się podoba impreza? -pierwszy raz odezwał się chłopak. 
-Jest całkiem niezła. Świetny dom, szkoda że nie wiem do kogo należy...
Jazmyn i Justin lekko się zaśmiali. -To nasz dom. 
No tak Hope, ty zawsze musisz strzelić jakąś gafę. 
Próbowałam ukryć jakoś swoją wtopę, ale zapewne byłam już czerwona jak burak. -Oh, w takim razie macie świetny dom. -odparłam udając jakbym też się z tego śmiała. 
-Dzięki. 
Do pomieszczenia wleciały pierwsze nuty znanej mi piosenki Kany'ego Westa Clique. 
-Idziemy tańczyć! -krzyknęła Sophie i razem z Jazmyn pociągnęły mnie na parkiet. Myślałam, że ten taniec będzie tylko wisienką na torcie moich porażek dzisiaj, ale szło mi całkiem nieźle. 
Razem z Sophie obkręcałyśmy się i wygłupiałyśmy. Było fajnie. 
Piosenka dobiegła końca, a my zeszłyśmy zmęczone z parkietu. 
-Wow, Hope. Umiesz tańczyć. -parknęła Soph, za co zaraz dostała ode mnie kuksańca w żebra. -Masz. -podała mi jeden z kubków. -Jeśli już imprezujesz, to należy też trochę sie napić. 
Obawiałam się właśnie najbardziej tego. Nie chce być pijana, jeśli na trzy godziny mam wrócić do domu. -No dawaj. -jęknęła trochę zirytowana, nadal trzymając w ręku plastikowy kubek z brązową cieczą.
Odebrałam go od niej i przełknęłam pierwszy łyk napoju. Nie był aż taki zły, może trochę gorzki, ale na pewno nie smakował najgorzej. -Właśnie stałaś się kobietą, Hope. Gratuluję. -poklepała mnie po ramieniu. -Idziesz tańczyć? 
Chciałam już przytaknąć, ale zauważyłam ten sam kapelusz i tył chłopaka, który siedział na balkonie i to sam. 
To odpowiednia chwila, by do niego zagadać. 
Pokiwałam głową przecząco i zostawiłam ją w tłumie. Wyszłam przez szklane drzwi od tarasu i zasuwając je za sobą, usiadłam tuż obok chłopaka.
-Siedzisz sam. Czemu? -zaczęłam. 
Dopiero teraz zauważyłam, że on palił papierosa. A wcale nie wyglądał na palącego. 
-Wyszedłem na chwilę zapalić, a ty? Czemu wyszłaś? 
Cholera. 
-Bo musiałam odetchnąć trochę świeżego powietrza...w środku jest strasznie duszno. 
-Tylko spójrz ile będzie roboty z posprzątaniem. -parsknął.
-Czemu właściwie urządziłeś imprezę? 
-Dopiero co tu przyjechałem..-oznajmił. -Moja siostra, Jazzy mieszkała tutaj z tatą, ja razem z moim młodszym bratem Jaxonem i z mamą w Kanadzie. Na jakiś czas postanowiłem zamieszkać z tatą, więc jeśli dziś miało go nie być, zrobiłem imprezę, żeby ludzie trochę mnie poznali. Wiesz...w końcu będę z nimi chodził do szkoły. 
Pokiwałam głową, na to że rozumiem sytuację. -Rozumiem. 
-A ty? Od zawsze tu mieszkasz? -pierwszy raz spojrzał na mnie, co spowodowało gęsią skórkę na moich ramionach.
-Tak. -powiedziałam spokojnie, chociaż wcale nie byłam spokojna. 
Wręcz przeciwnie. 
-Nigdy nie myślałaś, żeby się wyprowadzić?-trochę mnie zdziwiło, że go to ciekawi, ale miałam zamiar odpowiedzieć na każde jego pytanie.
-Wiesz, szczerze nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Na pewno chciałabym wyjechać gdzieś na studia, ale nic jeszcze nie planuje. Mam jeszcze rok. 
-Mi osobiście podoba się w Nowym Jorku. Od zawsze mieszkałem w małym mieście, a po przeprowadzce tutaj poczułem się, jakbym przyjechał ze wsi, a przecież Kanada nie jest mała. -zmarszczył się dziwnie, ale zaraz mu przeszło.
-Nigdy nie byłeś w NYC? -zapytałam z niedowierzaniem. 
-Nigdy.-chyba się trochę skrępował. -Nawet, gdy mój tata wyprowadził się z Jazzy, nie miałem zamiaru go odwiedzać. Rozwiedli się z mamą, byłem wściekły.
Szczerze? Byłam zaskoczona, że aż tyle mi mówił. No bo ile my się znaliśmy? Pół godziny? Może nawet nie. 
Dopiero teraz zaczęło mi się robić potwornie zimno. Objęłam rękoma moje ramiona i potarłam kilka razy. -Strasznie tu zimno.- stwierdziłam. 
-Masz rację. -przydeptał papierosa butem i otworzył mi drzwi do środka. Akurat, gdy weszliśmy po całym pomieszczeniu rozległ się głos DJ'a. 
-Yo,yo,yo ludzie. Może przerwiemy na chwilę te kręcenie dupami, a wpuścimy na parkiet trochę miłości. -zaszczebiotał udając zachwyconego, jak to robią wszystkie, płytkie dziewczyny. 
W głośnikach rozległy się pierwsze nuty Titanica Celine Dion. Myślałam, że się rozpłynę jak patrzyłam na te wszystkie cudownie wyglądające pary. 
-Zatańczysz ze mną? -spytał Justin, podchodząc trochę niebezpiecznie blisko mnie.
O mój boże, czy ja umarłam? Jeśli tak, to dajcie znać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za każdy wasz komentarz, całego serca dziękuję x