Hope.
Patrzyłam się chwilę w jego piwne oczy. Pokazywały wszystko co czuł. Wszystko to, czego mi nie powiedział, to, co chciałam od niego usłyszeć.
Uśmiechnęłam się do niego lekko i zeskoczyłam z blatu. Zapomniałam nawet o poparzeniu. Zapomniałam o mojej mamie, Kim, tacie...znowu.
-Może ja..uhm...dokończe to co robiłem. -odparł, biorąc mokry papier. Chwycił mnie w talii i raz po raz, powoli masował poparzone miejsce.
-Już okej. -szepnęłam. -Już nie boli.
Chłopak puścił mnie, żebym coś na siebie ubrała. Wygrzebałam z torby za dużą na mnie bluzę z jaskrawym napisem "Help" i nałożyłam ją na siebie. Spojrzałam w lustro. Wyglądałam o wiele lepiej, niż rano. Byłam pod wrażeniem.
-Okej, chodźmy.
Wyszliśmy z łazienki i pokierowaliśmy się do sporego towarzystwa. Była tam chyba cała moja bliska rodzina. Ciocia Kate i wujek Dean, dziadkowie ze strony mamy i taty, kuzynka Rachel, która kończyła teraz bodajże 13 lat i kuzyn Jake, który miał już 20 lat. Tak naprawdę nie widziałam ich od Bożego Narodzenia, a teraz jest listopad, więc minęło bardzo dużo czasu. -Hej wszystkim. -odezwałam się, przerywając ich monolog.
Jake wskoczył w moje ramiona, tak mocno mnie tuląc, że aż zabrakło mi tchu.
-Tak strasznie mi przykro, Hope. -pomasował moje plecy.
Oderwałam się od niego natychmiast.
-Nie chcę tego. -rzuciłam w jego stronę. -Nie chcę, żeby ktokolwiek z was mówił, że mu przykro. Mi też jest przykro, ale ona jeszcze nie umarła, okej? Nikt z was nie wie, jak to jest wiedzieć o tym, że za kilka tygodni straci się matkę. Nikt oprócz mnie i Kim, więc proszę was...darujcie sobie współczucie, nic mi to nie da, i nie poczuje się przez to lepiej. -wszyscy patrzyli na mnie, jakbym zwariowała, co byłoby normalne. Jake wrócił na swoje miejsce zrezygnowany.
-Wiesz Hope, zarezerwowałam ci psychologa na osiemnastą jutro. -odezwała się Kate swoim cienkim głosikiem.
Zgromiłam ją wzrokiem, a moje ręce miały ochotę teraz jej coś zrobić. Cała buzowałam ze złości, że oni robią ze mnie jakąś rozpaczliwie nienormalną.
-Jeśli go zarezerowałaś, tym samym możesz go odwołać. -splunęłam zirytowana. -Jak na razie nie wychodzi wam pocieszanie mnie, ale dzięki za najgorsze z możliwych. -odezwałam się po raz ostatni, schodząc po schodach na dół. Mam dość.
~*~
-Hej tato. -przywitałam się z mężczyzną, siadając po drugiej stronie stolika.
-Hej Hope. -o dziwo się odezwał, ale bardzo ponuro. -Przepraszam, że wiesz...wcześniej...
-Spokojnie, każdego to dotknęło. Chcesz o tym porozmawiać?
Przytaknął patrząc na mnie. Wiedziałam, że tego potrzebował, a ja jestem jego córką, więc tak jakby częścią mamy.
-Ja, nie wiem czy dam radę bez niej...ona jest moim całym światem. -odparł.
Teraz zobaczyłam w nim nastolatka. Zagubionego nastolatka, który traci wszystko co było dla niego ważne.
-Wiem o tym tato, i wiem, że bez względu na wszystko dasz radę.
-Skąd możesz wiedzieć?
-Posłuchaj...jesteś policjantem, bezwzględnym policjantem, który zawsze służy prawu. Nie znam bardziej odważniejszego faceta od ciebie. Pamiętasz, jak miałam sześć lat i zabrałeś mnie na strzelnicę? Od tamtego czasu byłeś dla mnie autorytetem. Kimś, z kogo mogę brać przykład. Zawsze widziałam cię w świetle odwagi, bezpieczeństwa, męstwa, honoru...nie w cieniu tchórza. Nie jesteś nim, tato.
Spojrzał na mnie i posłał mi najcieplejszy uśmiech, jaki widziałam u niego w całym w swoim życiu.
-Jak ty to zniosłaś? Wiesz, dobija mnie fakt, że nawet nie sprawdziłem jak wy sobie z tym poradziłyście.
-Było ciężko, ale obiecałam mamie, że się nie poddam. Jestem przykładem dla Kim. Nie mogę okazać teraz słabości. Najgorzej było w nocy...Kim ma koszmary. Na szczęście nie byłyśmy same w domu, bo i ja bym się bała. -przyznałam.
-A kto był z wami w domu? -spytał podejrzliwie.
-Justin. -odparłam z chrypką.
-Właśnie...ten chłopak. On, jest twoim...
-Nie tato. -przerwałam mu. -Na razie to tylko przyjaciel. -czy ja powiedziałam 'na razie'?
-Okej. -uniósł ręce w kapitulacji. -Ale wiesz co?
-Co?
-Powiedziałaś 'na razie'. -przyznał szczerząc się. Pacnęłam go lekko w ramię, też się śmiejąc.
Wstaliśmy od stolika i ramie w ramie znów pomaszerowaliśmy na górę.
-Widziałem całą familię, jak tu wchodzili. -zaśmiał się. -Opieprzyłaś ich już, czy ja mam to zrobić?
Parsknęłam śmiechem.
-Już to zrobiłam.
-Mama ma rację, jesteś z jej krwi.
~*~
-Trochę przeraża mnie fakt, że znowu się z nimi pokłóciłaś. -parknęła mama. -Ale spokojnie, ja robię to ciągle.
Uśmiechnęłam się do niej.
-Wiesz...-zaczęła znowu. -Rozmawiałam z Justinem.
-O Boziu. -jęknęłam.
-I wiesz co mi powiedział?
-Co?
-Że jestem niezwykła. -wywróciła oczami, jakby to był komplement dnia. -I wiesz czemu mi to powiedział?
-Czemu?
-Bo cię stworzyłam. -uśmiechnęła się.
-Co? -wstałam z krzesła zdziwiona. -On...on naprawdę tak powiedział?
-Słowo w słowo.
Napuściłam trochę powietrza do moich płuc, bo czułam, jakbym miała zemdleć.
-To słodko. -rzuciłam w końcu. -On jest słodki.
-Awwww. -mama jęknęła charakterystycznie. -Zakochałaś się w nim.
-Wcale nie, mamo. -mruknęłam, zasłaniając czerwoną twarz. -To nie prawda.
-Jak sobie chcesz, ja wiem swoje. -zanuciła, jakby miała pięć lat.
Przez chwilę poczułam się przy niej tak, jakby była moją przyjaciółką. To było dziwne.
~*~
Justin.
-Myślę, że pomysł z psychologiem nie był najlepszy. -stwierdził, po jakimś czasie dziadek Frank, którego poznałem wcześniej.
-Oh, co ty nie powiesz...-zgromiła go od razu jego żona.
Uśmiechnąłem się lekko, ale tak naprawdę chciałem sprawdzić co z Hope. To w łazience, em, myślę, że właśnie to chciałem zrobić, ale czy ona też? Boże, to wszystko jest takie nieźle pokurwione...
Wstałem z krzesła i przyglądałem się przez chwilę Kim, która wygodnie spała na dwóch krzesłach.
No tak, dochodziła jedenasta.
Odwróciłem wzrok na salę, gdzie przesiadywała Hope, ale nic nie dojrzałem, więc postanowiłem wejść do środka.
Otworzyłem drzwi i zastałem dosyć dziwny widok. Hope spała na szpitalnym łóżku, a jej mama, chora mama, siedziała na krześle, jakby role się odwróciły.
Spojrzałem na nią dziwnie i podszedłem bliżej.
-Przepraszam? -szepnąłem do niej. -Czy nie powinna pani przypadkiem leżeć w łóżku?
-Oh, Hope była taka zmęczona, że postanowiłam ją na chwilę położyć. -zaśmiała się. -Ale mam do ciebie pewną sprawę.
-Słucham. -dociągnąłem drugie krzesło, lekko, żeby nie obudzić Hope i usiadłem na nim.
-Wiesz, że zostało mi tylko parę tygodni. To strasznie mało...
Pokiwałem głową, że rozumiem, i żeby kontynuowała.
-Ale zastanawiałeś się co będzie potem? Wiesz...jak już umrę. Hope gra twardą, ale tak naprawdę to ją przerasta. Musisz jej wtedy pomóc. Zostanie sama z Kim, no i James'em, ale wątpie, żeby ten był zdolny do pomocy komukolwiek. Nie zdążył się z tym pogodzić.
-Chyba rozumiem. -odparłem, marszcząc brwi.
-To dobrze. Po prostu mów jej, że nie jest sama. To jej pomoże, uwierz...
Pokiwałem znów głową.
-Opiekuj się nią. Widzę, że ci na niej zależy...widzę to.
-Trudno to ukryć przed waszą rodziną, bo chyba już wszyscy mi to mówili. -parsknąłem.
-Po prostu słabo udajesz. -uśmiechnęła się do mnie. -A teraz zabierz ją stąd, ją i Kim. Nie chcę, żeby spały w szpitalu, błagam...mam ich dość jak na jeden dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Za każdy wasz komentarz, całego serca dziękuję x