Hope.
Przez parę dni nic specjalnego się nie wydarzyło. Justin się do nas nie odzywał, ani nie pokazywał w szpitalu. Sophie musiała chodzić do szkoły, więc rzadko ją już widywałam. Brad ciągle z nami siedział. Był w dobrej sytuacji, bo teraz czekał na odpowiedź z jakichś uczelni, czyli miał tak jakby wakacje. Moja rodzina...hmm, no cóż. Powiedzieli, że będą tu wpadać od czasu do czasu, ale bądźmy szczerzy...nie przyjdą już tutaj. Może na pogrzeb się pofatygują. Mój tato wszystko już pogodził. On również musiał chodzić do pracy, ale w każdej wolnej przerwie, czy od razu po pracy ładował się w samochód i jechał do mamy. Załatwił nam z Kim też zwolnienia ze szkoły, aż do Świąt, bo przypuszczał, że nie mamy teraz ochoty do niej chodzić. Później będę przejmować się zaliczeniem tego wszystkiego.
Jeśli chodzi natomiast o mamę, to tak jak z przypuszczeniem lekarzy, z każdym dniem pamiętała coraz mniej. Była coraz mniej samodzielna, wyglądała jak trup. Ten widok był dla naszej trójki szokiem, którego nigdy się nie pozbędziemy, ale postanowiłam sobie, że nie będę płakać...więc nie mam zamiaru.
-Hope? Przynieść ci kawy?
-Gdybyś mogł, Brad. -odparłam odrywając się od myśli.
-Zaraz wracam. -rzucił jako ostanie słowa i zniknął na końcu korytarza. Ja natomiast siedziałam nieruchomo na krześle, patrząc co jakiś czas, czy Kim nie zasnęła. Było już po dwunastej, więc powinnam była już stąd iść, ale dziś naprawdę nie chciałam wracać do domu.
Po jakimś czasie Brad wrócił z dwoma kubkami, gorącej cieczy i wręczył mi jeden z nich. -Wiesz Hope...chyba zawiozę cię już do domu, co? Jest już po północy.
-Nie wiem Brad, nie chcę dzisiaj tam wracać.
-Musisz się wyspać, Kim też. Wrócicie jutro, daj spokój.
Przytaknęłam w końcu niechętnie i po wypiciu trunku ruszyliśmy do domu.
Usiadłam wygodnie w fotelu terenowego samochodu Brad'a i nieco się rozuźniłam. Zapięłam zręcznie pasy i czekałam na chłopaka. Posadził prawie nieprzytomną od bezsenności Kim na fotelu i ją zapiął, po czym usiadł na swoim, stałym miejscu i odpalił silnik wozu.
-Brad...jestem ci wdzięczna za wszystko. -odparłam, bez żadnych ogródek. Coraz bardziej zaczynałam go lubić i było mi głupio, że wcześniej miałam do niego taki dystans, bo w rzeczywistości to super chłopak.
-Nie ma sprawy, Hope. -machnął ręką i włączył radio. W głośnikach rozbrzmiały pierwsze nuty jednej z moich ulubionych piosenek. Jęknęłam cicho i zaczęłam śpiewać razem z radiem.
Brad cicho się zaśmiał i też zaczął nucić utwór.
-Znasz to? -spytałam, na chwilę na niego zerkając.
-Hope, to jest Radioactive, każdy to zna. -odparł, ściągając brwi.
-No tak. -uśmiechnęłam się, co od paru dni było rzadkością.
-Masz jakieś wieści od Justina? -spytał, po paru sekundach przytłaczającej nas ciszy. -Wiesz...serio go polubiłem, ale teraz go prawie nie widuje. Coś się stało?
Wywróciłam oczami. Jasne, że się stało
-Tak jakby mu powiedziałam, że ma swoje życie. -westchnęłam, patrząc w okno.
-Zbyt pochopnie wszystko robisz. -stwierdził szybko. Jezu no dzięki za szczerość.
-Myślisz, że źle zrobiłam?
-Pomyślmy...chłopak, którego znasz parę dni, robi wszystko, dosłownie wszystko, by cię jakoś pocieszyć. Zajmuje się twoją siostrą, robi wam śniadanie, spędza z wami kilka dni i nocy, nawet nie wracając na moment do domu, a ty mu mówisz, że ma swoje życie...nie uważasz, że on o tym wiedział? Po prostu mu na tobie cholernie zależało, Hope.
-Ale Brad, on dopiero zaczął szkołę w NYC, i zamiast jakoś wszystko nadrobić, cokolwiek, to siedział z nami. -powiedziałam nonszalancko.
-I nadal uważasz, że mu na tobie nie zależało? Ryzykował tyle rzeczy, tylko po to, żebyś przez chwilę nie była sama z tym wszystkim. -próbował wyjaśnić. -A ty no tak jakby go wygoniłaś.
Hope, on ma racje, ma cholerną racje.
-Nienawidzę cię. -syknęłam zdenerwowana.
-A można wiedzieć chociaż czemu? -o dziwo jego ton był rozbawiony. Chyba wiedział, że nie mówię serio.
-Bo zawsze masz rację. -na moją twarz wstąpił grymas. -Dosłownie zawsze. -jęknęłam.
-Przepraszam? -roześmiał się.
Skrzyżowałam ręce na piersi wytykając do niego język.
-A wiesz co Hope? Ja za to cię bardzo lubię. Uważam, że jesteś bardzo odważna i niezwykle sympatyczna.
-Nie Brad, w ogóle nie słychać tutaj sarkazmu. -rzuciłam od niechcenia.
Chłopak tylko parsknął śmiechem i już się nie odzywał. Chyba po prostu miał, jak na dziś, dosyć rozmowy ze mną.
~*~
Znów do moich uszu dobiegł krzyk. Wybiegłam pędem z pokoju i pokierowałam się od razu do pokoju Kim.
Wbiegłam przerażona. Moja siostra tym razem miotała się po łóżku jak opętana. Podeszłam już spokojniej i obudziłam ją lekkim szturchnięciem. Ta od razu wpadła mi w ramiona, mocno ściskając.
-Kim, ciiii, spokojnie. -szepnęłam. -To był tylko sen.
-Ale Hope, oni chcieli cię zabić. Ciebie i tatę. Dwóch zakapturzonych mężczyzn, oni chcieli, żebym była sama. -sapała przerażona, z nieprzytomnym wzrokiem.
To nawet dla mnie było przerażające.
-Kim, to był tylko sen...jestem tutaj, tata jest u siebie w pokoju. Wszystko jest okej, Kim. Jak zawsze. -masowałam ją delikatnie po plecach.
-Hope?
-Hm?
-Mogłabyś spać dzisiaj ze mną? Tak strasznie się boję. -mówiła, prawie że błagalnym tonem.
-Oczywiście aniołku.
Ułożyłam się tuż obok niej, nadal ją tuląc. -Wszystko będzie dobrze, tak długo, jak jesteśmy razem Kim. Nikt nas nie rozdzieli, bo jesteśmy siostrami. Najlepszymi siostrami.
-Wiem o tym Hope. -szepnęła, i mogłm poczuć, że się uśmiecha.
-We always be together, dont you worry...-zanuciłam sobie i również zasnęłam.
~*~
-Trzymajcie się, okej? -tata ucałował mnie w czoło, a Kim obrócił na rękach. -Dzisiaj pracuje do późna, więc zobaczymy się dopiero w domu.
-Okej tato, trzymaj się i bądź ostrożny. -pomachałam mu i zamknęłam za nim drzwi.
Westchnęłam głęboko, widząc minę mojej siostry. Była zmęczona i smutna.
-Kim, co byś powiedziała na mecz? -spytałam blondynkę, podchodząc bliżej niej.
-Mecz?
-Dzisiaj, w mojej szkole, o trzeciej. Idziemy?
-A mama?
-Potrzeba nam trochę odpoczynku...trochę powietrza. Ciągle jeździmy w tą i z powrotem ze szpitala i do szpitala. Jak chcesz, Brad może z nami pojechać. -zaproponowałam szybko.
-O-okej. -uśmiechnęła się lekko. -Ubiorę na siebie tą ładną sukienkę w groszki. -zagruchała pogodnie.
Ona od zawsze kochała się ubierać jak księżniczka, jej szafa pękała w szwach od przeróżnych sukienek. To trochę dziwne, że nawet na zwykły mecz, musiała się tak ubrać. Cóż...te dwunastolatki, nikt ich nie pojmie.
Gdy Kim zakładała na siebie strój, skorzystałam z okazji i zadzwoniłam do Brad'a.
-Hej Hope. -przywitał się.
-Hej. Mam do ciebie prośbę.
-Zawieźć was do szpitala? -spytał, uprzedzając mnie.
-Nie, nie tym razem. Chcę, żebyś pojechał ze mną i z Kim na mecz w mojej szkole.
-Czy ty właśnie...proponujesz mi randkę? -zanucił, swoim wkurzającym głosem i zaczął się śmiać.
-Nie, to nie randka idioto! Po prostu potrzebuje kogoś, kto mnie tam zawiezie, a jeśli nie chcesz z nami iść, to okej. -odparłam zirytowana.
-Kto powiedział, że nie chcę?
Nie odezwałam się.
-Okej, to o której mam być? -spytał znowu, nadal rozbawiony. Boże, ten człowiek śmieje się więcej przez jeden dzień, niż ja przez tydzień.
-Za 10 minut.
-Okej.
Rozłączyłam się i przeczesałam ręką włosy, przez to jak bardzo było to frustrujące.
Ja też postanowiłam zmienić swój strój, na bardziej odpowiedni na mecz. Założyłam na siebie moje ulubione, obcisłe dżinsy i koszulkę z symbolem drużyny szkoły, a na to włożyłam szarą bluzę z Hollister z białym "H" na przodzie. Na nogi włożyłam moje ulubione skarpetki z wzorkami i czarne buty Emu.
Włosy pozostawiłam takie jakie są, jedynie je uczesałam, a na twarz nałożyłam trochę korektoru, żeby zakryć wszystko niedoskonałości. Wyglądałam o dziwo dobrze, a lekki makijaż, który zrobiłam sobie rano jeszcze się trzymał, więc byłam gotowa.
Przeszłam do pokoju mojej siostry, gdzie ta kręciła się w kółko, patrząc jak jej sukienka wiruje na wietrze. Oh, ona czasami zachowywała się jak dziecko, a miała już 12 lat!
-I co Hope? Ładnie wyglądam? -zatrzymała się w końcu ukazując co ma na sobie.
Jej czarno-biała sukienka była przewiązana czerwoną wstążką, przez co pasowała do jej czerwonych balerinek, które miała na stopach. Na jej chudych ramionach założony był czarny sweterek, który świetnie dopełniał cały strój. Włosy opadały jej kaskadami na plecach, przez co wydawała się o wiele starsza, niż w rzeczywistości była.
Uśmiechnęłam się do niej. -Wyglądasz pięknie, aniołku. -zagruchałam przytulając ją od tyłu, tak żebyśmy obydwie patrzyły w lustro na jej szafie.
-Ty jesteś piękniejsza. -grymas wstąpił na jej twarz. -Tylko zobacz...nawet w zwykłej bluzie i Emu wyglądasz lepiej niż ja.
Zdziwiłam się, że tak nisko wierzyła w samą siebie.
-Co ty wygadujesz? Jesteś najpiękniejszą dziewczynką jaką znam, wiesz? Nie widziałam jeszcze ładniejszej niż ty. -poprawiłam kokardkę na jej krzyżu.
-Ja widziałam. -odparła nonszalancko. -Właśnie stoi obok mnie i próbuje mi wmówić, że jestem ładna. -skrzyżowała ręce na piersi.
-Odwołaj to...-powiedziałam surowo
-Bo co?
-Bo.....to! -rzuciłam się na nią, łaskocząc po brzuchu. Mała nie mogła złapać oddechu, bo tak się śmiała.
-J-już dobrze...Hope!
-Odwołaj to, co powiedziałaś!
Przełknęłam ślinę, próbując coś powiedzieć. -O-odwołuje t-to!
Od razu ją puściłam, zadowolona z tego co zrobiłam.
-Dasz mi się jakoś uczesać? -spytałam po chwili.
-Mhm. -mruknęła, siadając na krzesło. -Zrób mi warkocza.
Tak jak mi kazano, zaplotłam ślicznego warkocza od czubka jej głowy i głośno westchnęłam. -Jesteś gotowa.
-W samą porę. -wyczułam jakiś inny głos w pomieszczeniu i zobaczyłam Brad'a. Uśmiechnął się do nas, a potem Kim się na niego rzuciła, ściskając.
-Kim, proszę cie. Nie widziałaś mnie tylko parę godzin. -mówił tonem, jakby się dusił.
Zachichotałam cicho i pociągnęłam ich na dół. Założyłam swoją kurtkę khaki i poprawiłam włosy w lustrze. Brad zapiął jaskrawą kurtkę Kim do końca, jak i również swoją i wyszliśmy z domu.
Mam nadzieję, że spotkam tam Justina.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Za każdy wasz komentarz, całego serca dziękuję x