poniedziałek, 20 stycznia 2014

-6-

Hope.
Gdy tylko skończyłam wszystkie lekcje, dostałam sms'a od mojej mamy. Przeczytałam go, jednocześnie otwierając szafkę, i nakładając na siebie kurtkę. Napisała mi tam, żebym to ja odebrała dziś Kim ze szkoły i żebym zrobiła jakiś obiad, bo ona ma coś pilnego do załatwienia. 
Odbieranie Kim uważam za najdebilniejszą w dziejach historii sprawę. Ona ma 12 lat! Ja w jej wieku sama wracałam do domu, ale nie. Codziennie po pracy mama ją odbiera, bo ona "jest wykończona". Boże. 
Przeczesałam ręką włosy, bo już wiedziałam jaka będzie jej reakcja jak mnie zobaczy. Jezu Chryste. 
Wrzuciłam zbędne rzeczy do szafki i zatrzasnęłam ją, napotykając obok siebie twarz Justina.
-Hey. -skinął, uśmiechając się. -Jak tam po mandacie? 
-Jest okej...pomijając to, że przyniosłam wstyd mojemu tacie, to jest wporządku. -posłałam mu spojrzenie typu miałam-przesrane-ale-co-z-tego.
Pokręcił głową z niedowierzaniem i zaczął się śmiać. -To była głupota. -przyznał. -Jak mogliśmy zapomnieć o biletach? 
Odgarnął dłonią włosy, na co o mało się nie przewróciłam.
-Jak tam nowe przyjaźnie? Widziałam, że Jack przywłaszczył sobie już ciebie na dobre. 
-Przywłaszczył? Nie nazwałbym tego w ten sposób. Po prostu jesteśmy w jednej drużynie w koszykówce. 
-Dostałeś się do składu? -wow, mało jaki chłopak się tam dostaje. Skład był niezmienny od wieków.
Żeby się tam dostać trzeba było cudu, a jednak. 
-A jakby inaczej? -rękoma starł niewidoczny pył z jego ramion, na co parsknęłam śmiechem. -Idziesz do domu? 
-Nie. Idę po siostrę do jej szkoły. -odpowiedziałam, otwierając wielkie drzwi od szkoły. -Jeśli chcesz, możesz mi towarzyszyć. Nie będe czuła się samotnie. -posłałam mu lekki uśmieszek, szturchając lekko łokciem, na co ten uśmiechnął się szeroko.  
-Chętnie. -rzucił tak nagle, że o mało co się nie przewróciłam. 
-Spodziewałam się innej odpowiedzi. -odparłam szybko.
-Lubię zaskakiwać ludzi.
Przez resztę drogi dowiedziałam się wielu rzeczy o nim. Wiem, że mieszkał w Kanadzie, a jego mama urodziła go, gdy miała zaledwie 18 lat. Wiem też, że niedługo po urodzeniu się Jaxona- jego młodszego brata,  ojciec zostawił ich, zabierając ze sobą tylko Jazmyn. Od tamtego czasu, on, Jaxon i Pattie-bo tak miała na imię jego mama-mieszkali w Kanadzie, a Jeremy-czyli ojciec dzieci-mieszkał w NYC. 
Dla mnie było to trochę chore. Facet zostawił matkę z dwójką chłopaków i po prostu sobie wyjechał. Nie wyobrażam sobie siebie, samej, z dwójką dzieci, gdy mój mąż siedzi sobie w Nowym Jorku.
Dowiedziałam się też, że Justinowi strasznie podoba się Nowy Jork i zamierza zostać tu już na stałe, dopóki sam nie znajdzie sobie domu, z czego nie ukrywam, cieszę się. 
-A więc to tutaj? 
-Tak. -westchnęłam. 
-Ile lat ma twoja siostra? -spytał, marszcząc brwi. 
-Dwanaście. 
-I odbierasz ją ze szkoły? 
-Moja mama jest dziwna. -odparłam, posyłając mu nieśmiały uśmiech. Jestem pewna, że się zarumieniłam. 
W drzwiach szkoły zauważyłam moje, stare dżinsy, przez co odrazu wiedziałam, że to Kim. Nabrałam powietrza w płuca i razem z Justinem podeszliśmy bliżej. 
Jej koleżanki, widząc chłopaka zaczęły szeptać coś sobie na ucho i się śmiać, ale Kim była bardziej zażenowana, niż wniebowzięta. Podrapałam się niezręcznie po karku i skinęłam do niej głową. -Kim, mamie coś wypadło, więc musiałam cię odebrać. -odparłam, jakbym się jej tłumaczyła. 
-Okej. -szepnęła prze chrypkę. -Poznaj moje przyjaciółki, Meg, Coni, Jess i Lily. -pokazywała ręką. -Dziewczyny to moja siostra i...-urwała patrząc na blondyna. 
-Jestem Justin, przyjaciel Hope. -sprostował wpychając ręce do kieszeni. 
-I przyjaciel Hope, Justin. -dokończyła. 
-Miło was poznać. -rzuciłam, posyłając każdej z nich sympatyczny uśmiech. -Kim, możemy już iść? 
-Tak. -odpowiedziała i rzucając dziewczynom zwykłe "hej" dołączyła do nas. 
Między nami zapadła niezręczna cisza. Tylko Justin nie czuł się nieswojo, no bo w sumie czemu miałby się tak czuć? 
Gwizdał sobie jakąś melodię i spoglądał co chwila na nas. 
-Ej Hope, dzięki że po mnie przyszłaś...ale mogłam wrócić sama. 
-Mama mi kazała. -rzuciłam oschle. -Nie chcę mieć potem problemów, bo jej nie posłuchałam. 
-Rozumiem, ale wiesz...muszę jej chyba podziękować. -odparła z lekkim uśmiechem na twarzy. 
-Co masz na myśli? 
-Gdyby nie ona, nigdy byś po mnie nie przyszła. -milczałam. To było jak cios w samo serce. -Mylę się? 
-Kim...-zaczęłam. -Możemy o tym porozmawiać w domu? 
Przytaknęła , odrazu zmieniając temat. -A więc, jesteście razem? -spytała jak gdyby nigdy nic. 
Co? Moja własna siostra? Co? 
Justin uśmiechnął się znacząco do mnie. -Nie, nie jesteśmy. -odpowiedział jej. 
Rozlała się po mnie fala nieprzyjemnego uczucia. Nawet jeśli to była prawda, to zabolało mnie to w jaki sposób to powiedział. Jakby nigdy w życiu nie mógł się ze mną związać. 
-Okej. -podniosła ręce. -Tylko pytałam. 
Czas powrotny minął tak szybko, że się nie zorientowałam. Kim i Justin dobrze się dogadywali, co mnie ucieszyło. Widać, że działa tak na wszystkie dziewczyny. 
Blondynka przytuliła go na pożegnanie, co zaskoczyło i mnie i Biebera, ale on się nie sprzeciwiał. Nie wyglądał na raniącego dziewczyny. -Pa Justin. -rzuciła, wbiegając do domu. 
-Uszczęśliwiasz ją. -przyznałam. -To dobrze widzieć ją chociaż czasem wesołą. 
-Urok osobisty, tak sądzę. -znów wykonał ten ruch strzepywania niewidzialnego pyłku z ramion. 
-Próżność to grzech. -wytknęłam, machając mu przed nosem palcem. 
-Czas już na mnie. -odparł, śmiejąc się. -Widzimy się jutro w szkole, nie? 
-Tak, jak zwykle. 
-Jutro jest Angielski. -posłał mi ostatni uśmiech i zanim zaczęłam ogarniać co się dzieje, pocałował mnie lekko w mój policzek. -Do zobaczenia, Hope.- pożegnał się i wyszedł przez furtkę mojego domu na chodnik. Odprowadziłam go wzrokiem aż do następnego zakrętu i poszłam do domu. 
To było niesamowicie niesamowite. 
~*~
-Rany, jaki on jest przystojny. -jęknęła Sophie, przy lunchu. 
-Kto? -spojrzałam na nią niepewnie. 
-No Matt. On jest skate'em, kumasz? Jeździ na desce, robi triki...kocham go. -podparła brogę o wnętrze swojej dłoni i patrzyła na niego swoim rozmarzonym wzrokiem. 
-Serio Soph? Od kiedy podobają ci się skate'ci? 
-Od zawsze...patrz tylko na jego włosy, oczy, to wszystko. -wetchnęła. Poczułam się strasznie zażenowana tym, że Matt właśnie się na nas gapił, a ona ciągle była w niego wpatrzona. O jezu, co za porażka.
-Sophie. -zaczęłam. -Sophie, chodźmy...skończyłaś już jeść. -wyrwałam się od stołu i pociągnęłam za sobą dziewczynę. 
-Chciałabym, żeby zaprosił mnie na bal. -westchnęła znowu. -I przyszedłby w pięknym, białym smokingu. -tak, jeśli chodzi o Sophie, jest strasznie nudną romantyczką. 
-A ten tam...Niall? Ten co mnie i ciebie podwiózł do domu? Wyglądał na dokładnie kogoś w twoim typie. 
-Żartujesz? Niall to gówno, w porównaniu z Matt'em. -oburzyła się. 
Dałam jej kuksańsa w żebro. -Nie mam pojęcia jaki masz gust, ale Niall wydawał się być lepszy. -przyznałam zgodnie z prawdą. 
Stanęłyśmy pod klasą, w której już za niecałą minutę miał być angielski. Usiadłam w ławce i rozłożyłam książki, a na nie położyłam długopis. Dziś również nie siedziałam z Sophie, ale  z Justinem. 
Wydawał się być dobry z tego przedmiotu, bo każdy wiersz znał doskonale na pamięć i powtarzał go mi prosto w twarz. 
Ta lekcja była jedną z moich ulubionych, a napewno wyjątkowych, bo nie pamiętam kiedy ostatnio się tak dużo rumieniłam. 
~*~
-Pa Soph. -pożegnałam się z przyjaciółką, krótkim całusem z policzek. -Dzięki za podwiezienie.
-Nie ma sprawy, powiedz Kim, że nadal ma moje kolczyki i że ma mi je oddać. -pokręciła palcem. Zachichotałam krótko.
-Przekaże, pa.
-Pa.
Wyczerpana szarpnęłam drzwiami i sprawnie przez nie weszłam do środka domu. Coś było nie tak, bo w całym pomieszczeniu panowała cisza, co nie jest normalne.
-Mamo? -zaczęłam trochę zdezorientowana. Powinny być tu już z Kim od dwóch godzin. -Kim? 
Nikt się nie odzywał. Położyłam torbę na panelach w salonie i udałam się do kuchni, ale tam wcale nie było lepiej.  Też nikogo nie dojrzałam, więc zapalając światło, chciałam odszukać jakiegoś obiadu.  Jeśli nawet gdzieś pojechały, to powinny mi zostawić coś do jedzenia. Niestety nic. Nagle coś przykuło moją uwgę. Spojrzałam nieco w dół i odskoczyłam daleko przerażona.
Na podłodze siedziała Kim, cała zapłakana. Trzymała kolana, blisko klatki piersiowej, podtrzymując je rękoma i kołysząc się, jakby była nienormalna. -Boże Kim. -doskoczyłam do niej. -Co się stało? -przytuliłam ją jak najmocniej mogłam. 
-Mama...ona...
-Co? Co się stało? Kim, powiedz mi. 
Moje serce zaczęło szybciej bić, gdy wyobrażałam sobie wszytkie czarne scenariusze, które mogły się przydarzyć. 
To jest Nowy Jork, a nie Bajkowy Świat. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za każdy wasz komentarz, całego serca dziękuję x