Hope.
-Hej mamo. -przywitałam się z kobietą, ciągnąc za sobą Kim. Za Chiny nie chciała tam wejść.
-Hej. -uśmiechnęła się do nas.
Gdy tylko Kim usłyszała jej głos, puściła się mojej ręki i wybiegła pędem z sali. Trochę się przestraszyłam, ale Justin i Brad tam byli, więc opanowałam swoje emocje.
Mama była widocznie niezadowolona z takiego obrotu spraw.
-Ona naprawdę się stara, ale potrzebuje czasu mamo. -wyjaśniłam, siadając na taboret obok łóżka.
-Wiem kochanie. -pogłaskała mnie po włosach. -Co to za chłopak, który trzyma Kim na rękach? -spytała uśmiechając się znowu.
Spojrzałam w kierunku jej oczu i zobaczyłam za szybą Justina, który obracał moją siostrę na rękach. Ja również się uśmiechnęłam.
-To Justin, mój dobry przyjaciel. -odparłam, znów patrząc się na nią.
-Myślę, że do siebie pasujecie. -wyszczerzyła się. -Na dodatek ma podejście do dzieci.
-Mamo. -przeciągnęłam długo 'o'. -Posłuchaj, wszyscy z naszej rodziny robią mi ten sam wykład, ale on nie jest chętny na taką więź ze mną. -odwróciłam na chwilę wzrok. -Poza tym, nie jestem nim zainteresowana.
-Możesz udawać, że to co powiedziałaś to prawda, a ja mogę udawać, że ci wierzę, ale w rzeczywistości tak nie jest. -odparła tym swoim wkurzającym tonem. -Chłopak, który jak twierdzi twoja babcia, siedzi z tobą od wczoraj w szpitalu i opiekuję się tobą nie może być ci obojętny, a co dopiero ty jemu.
Rany...najbardziej w mojej mamie wkurzało mnie te jej mam-zawsze-racje-i-koniec.
-No dobra, może i tak, ale to nic nie zmienia. Nie jesteśmy parą.
-Wiesz co by mnie ucieszyło?
-Co takiego? -spytałam szybko.
-Gdy już będę umierać, chciałabym, żebyś powiedziała, że jesteś szczęśliwa. Że masz kogoś, kto cię kocha i tym kimś będzie Justin. Wierzę w to.
Łzy znów zapiekły kąciki moich oczu. Nic jej nie odpowiedziałam, tylko mocno ją przytuliłam.
-Pamiętaj, że twoja siostra też będzie przez to przechodziła. Będziesz musiała być dla niej oparciem, no i dawać jej rady w sprawie związków. Pamiętaj o tym.
-Tak mamo, wiem.
-Cieszę się, że masz tutaj przyjaciół. Tylko spójrz...od godziny była tu Sophie i Brad. Justin podobno był u nas w domu na noc. Nawet mama Jack'a dzwoniła.
-Jack'a?
-Też mnie to zdziwiło.
Obydwie zaczęłyśmy się śmiać.
-Ale wiesz, może to była pomyłka...nie wiem. -odparła ocierając oczy.
-Wiesz co? Musisz w końcu pogadać z Kim. -zmieniłam temat. -Przyprowadzę ją tu, okej?
-W porządku.
Wyszłam sprawnie z pomieszczenia i podeszłam do Justina i Kim.
-Kim...musisz z nią porozmawiać. Ona cię potrzebuję. -jęknęłam, patrząc, jak siedzi na kolanach blondyna i bawi się jego włosami.
Tak bardzo chciało mi się płakać, jak widziałam ich razem.
-Nigdzie nie idę. -syknęła do mnie. Znowu się przede mną zamykała.
-Kim. -szepnął do niej chłopak. -Pójdę tam z tobą i będzie dobrze. Będziemy tam tylko my, tylko my.
Dziewczynka chwile się na niego popatrzyła, ale w końcu się zgodziła i razem weszli do sali mojej mamy.
Usiadłam obok Sophie, opierając łokcie na udach.
-Hope, Justin to najlepszy chłopak jakiego możesz sobie znaleźć. -odparła, wypalając mi dziurę swoim wzrokiem w policzku.
Skąd ona wiedziała, że akurat o tym chciałam rozmawiać?
-Wiem o tym. -rzuciłam przelotnie.
-Więc, porozmawiaj z nim w końcu.
-Znam go cztery dni. Czy naprawdę uważasz, że mam z nim porozmawiać o czymś więcej?
-Tak.
Spojrzałam na nią zdziwiona.
-Naprawdę?
-Tak. -powiedziała stanowczo.
Przytaknęłam i wstałam z krzesła. Nie miałam zamiaru jeszcze z nim tym rozmawiać, nie teraz.
Przez szybę dopatrzyłam się, jak rozmawia z moją mamą i z Kim. Znów usiadłam na krzesło.
Zrobię to, gdy będę gotowa.
~*~
Weszłam do bufetu, spragniona jak nigdy kawy. Podeszłam do lady, przy której stała dosyć przy kości, starsza kobieta. Na jej uniformie widniała plakietka, która mówiła, że nazywa się Lorna.
-Coś podać ślicznotko? -zwróciła się do mnie, i ciepło się uśmiechnęła.
-Tak, poproszę dwie, mocne kawy z pianką. -odparłam, również się uśmiechając.
-Już się robi. -zanuciła i zajęła się przyrządem do kawy.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nie przypominało w najmniejszym stopniu czegoś powiązanego ze szpitalem. Pomarańczowo-żółte ściany i ciemne meble nadawały temu miejscu ciepła. Być może dlatego siedziało tu tyle ludzi. W rogu siedział znany mi mężczyzna. Podeszłam do niego i usiadłam obok.
-Tato...-szepnęłam spokojnie. -Tato, musisz się wziąć w garść.
Nawet nie uniósł głowy, tylko ciągle miał ją spuszczoną w dół. Moje gadanie nic nie da, jest uparty. Jedyną osobą, którą zawsze szanował i słuchał była moja mama, ale cholera teraz to z jej powodu się załamuje.
Trzeba dać mu czas.
Odeszłam od niego i odebrałam napój od Lorny, po czym udałam się znów na górę.
Akurat, gdy ja weszłam po schodach z sali wyszli Justin i Kim. Odetchnęłam spokojnie, gdy zobaczyłam uśmiechy na ich twarzach.
Podałam kawę Sophie i usiadłam obok niej, popijając spory łyk.
-Hope. -Kim zwróciła się do mnie. -Przepraszam cię. -podeszła do mnie i mocno przytuliła, wylewając zawartość kubka na mój sweter i na podłogę. Krzyknęłam jak oparzona, bo w rzeczywistości byłam oparzona.
-Cholera. -syknęłam z bólu, który przeszył cały mój brzuch od niemiłosiernego pieczenia.
-O boże, Hope. Tak strasznie cię przepraszam. -jęknęła blondynka, zakrywając usta ręką.
-Nie nic, nic się nie stało. -szepnęłam, ale w rzeczywistości nie mogłam przyłożyć w to miejsce nawet ręki, bo tak strasznie mnie bolało.
-Hope, chodź. To trzeba przemyć zimną wodą. -rzucił Justin i chwytając moją torbę, lekko pociągnął mnie do łazienki.
Dopiero, gdy drzwi się zamknęły wydarłam się jak najgłośniej mogłam.
-To boli, tak cholernie boli. -syknęłam, szybko ściągając z siebie to gówno, czym był mój ulubiony sweter. Nawet nie zwróciłam uwagi, że Justin nadal był w łazience, a ja aktualnie byłam w samym staniku. Nie minęło kilka sekund, a ja już byłam czerwona jak burak i nie wiedziałam co robić.
Na szczęście on wiedział. -Chodź tutaj. -poklepał blat przy umywalce. Szybkim ruchem na niego usiadłam i czekałam na dalsze posunięcie.
Chłopak namoczył kawałek papieru zimną wodą i delikatnie mnie przysunął, przez co moje uda były tak jakby owinięte wokół jego bioder. Przyłożył w końcu papier do mojego ciała, na co ostro jęknęłam. To tak piekło. Od razu się cofnął, ale ja przyciągnęłam go z powrotem za koszulkę. Nasze twarze dzieliły milimetry, może nawet mniej. Chciałam się odsunąć, ale on zmienił położenie mojego podbródka, kierując go wprost na siebie. Nie czekałam długo, gdy jego usta spoczęły na moich, całując tak, jakby świat zaraz miał przepaść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Za każdy wasz komentarz, całego serca dziękuję x