środa, 22 stycznia 2014

-11-

Hope.
-Dzień dobry. -zanucił jakiś głos przy mojej głowie.
Otworzyłam szerzej oczy i potarłam je rękoma, żeby ujrzeć nikogo innego jak Justin.
Przez cały, wczorajszy dzień od tego incydentu, próbowałam go unikać. Nie wiedziałam jak mam z nim rozmawiać, chociaż nie jesteśmy parą, ani niczym innym. Całowaliśmy się, co było złe i niewłaściwe. Nie w tym momencie, ale czy nie o tym właśnie marzyłaś, Hope?
Dopiero po paru sekundach zorientowałam się, że nie tutaj zasnęłam.
-Co ja tu robię? -spytałam, marszcząc brwi i zmieniając pozycję do siedzącej.
-Twoja mama kazała mi cię zabrać do domu. Kim też. -stwierdził lekko się uśmiechając.
Tak bardzo chciałam to odwzajemnić i powiedzieć mu wszystko, ale nie mogłam. On pewnie nawet przez chwilę nie zastanawiał się co do mnie czuje.
-Jak to możliwe, że nic nie pamiętam?
-Nie mam pojęcia, ale chyba po prostu byłaś nieźle wykończona. -przyznał wstając na nogi. -Zrobiłem wam śniadanie.
Spojrzałam na niego, znów marszcząc brwi. Chłopak chciał już wyjść z pokoju, żeby dać mi kilka minut na prysznic, ale go zatrzymałam.
-Justin.
-Tak? -odwrócił się zdezorientowany.
-Dziękuję. -szepnęłam, a na moje policzki znów wkradł się spory rumieniec. -Za wszystko.
Justin posłał mi ostatni, szeroki uśmiech i wyszedł z mojego pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Wstałam szybko z posłania, trochę je ścieląc i poszłam do łazienki. Puściłam gorącą wodę, która zdecydowanie uspokoiła całe moje ciało. Teraz właśnie tego potrzebowałam. Chwili na zrelaksowanie się. Obmyłam dokładnie całe swoje ciało żelem pod prysznic, a na włosy nałożyłam sporą ilość szamponu i odżywki. Wszystko spłukałam i wyszłam z kabiny.
Po wysuszeniu każdej części mojego ciała, owinęłam wokół siebie ręcznik  zajęłam się włosami. Rozczesałam je delikatnie, co było proste, bo odżywka robi swoje i tak poszłam do swojego pokoju po coś do ubrania.
Dziś postanowiłam być ubrana na luzie. Nic konkretnego, jeśli cały następny dzień mam siedzieć w szpitalu, to moje ubrania muszą być wygodne, czyż nie?
Biała bluza Obey i czarne, zwykłe rurki z łatami na kolanach to było świetne rozwiązanie. Co do włosów, to szczerze nie miałam pojęcia co z nimi zrobić. Ostatecznie, po prostu je wysuszyłam i splotłam w warkocza po boku, chociaż i tak duża część włosów z niego wychodziła.
Na nogi nałożyłam moje, ciepłe, czarne buty na koturnie, które i tak potem zmienię na trampki. Nie mam zamiaru się na nich męczyć.
Na dworze było widać spore oznaki szronu, co nakłoniło mnie do wyciągnięcia z szafy również mojej kurtki khaki.
Tak gotowa zeszłam na dół, i pierwsze co zrobiłam, to wepchnęłam moje converse do torby, a kurtkę położyłam obok.
Weszłam do kuchni, która była już przesiąknięta zapachem świeżej, porannej kawy i jajecznicy, na co tylko wydałam z siebie długi jęk. Tak dawno nie jadłam jajecznicy na śniadanie.
-Bon apetit. -Justin położył mi talerz przed nosem, śmiejąc się ze swojego fatalnego akcentu.
Zjadłam posiłek w mgnieniu oka, tak samo jak Kim, którą w tym momencie Justin próbował uczesać.
-Ał Justin! -krzyknęła. -Nie tak mocno, ja jestem za młoda, żeby stracić włosy.
Parsknęłam śmiechem, domywając brudne talerze.
-Przepraszam aniołku, po prostu twoje włosy strasznie się kołtunią. Musisz w końcu nauczyć się sama czesać...jak Hope. -mówił zamyślonym tonem.
Ten sposób w jaki powiedział do niej 'aniołku' dał mi ostatni powód, żeby rozpływać się na jego widok. Było w nim tyle ciepła, tyle spokoju.
-Hope, proszę...pomóż mu, on mi wyrwie wszystkie włosy! -wrzasnęła z niesmakiem, krzywiąc się.
Podeszłam do nich spokojnie i przesunęłam lekko chłopaka. -Daj to zrobić mistrzyni. -parsknęłam rozplątując włosy Kim. -Widzisz? -spytałam, gdy dwa dobierane warkocze widniały na jej głowie.
-Wow. -wydusił z siebie. -Kłaniam się. -wykonał gest, ręką na co się lekko uśmiechnęłam.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, nie mówiąc zupełnie nic. To nie było potrzebne...zupełnie nie było. Był coraz bliżej mnie, na tyle blisko, by znowu mogło zdarzyć się to, co wtedy i wiecie co? Stało się.
Jego pełne, malinowe wargi dotknęły moich, poruszając się spokojnie. Ten pocałunek był inny, bardziej uczuciowy, namiętny. Opuszkami swoich palców gładził mój policzek i podtrzymywał brodę, a ja zatopiłam rękę, gdzieś w jego niesfornych i jeszcze nie ułożonych włosach. Uśmiechnął się w trakcie pocałunku, co w ostateczności go skończyło.
-O. Mój. Boże. - Kim robiła przerwy pomiędzy wyrazami, nadal chyba niedowierzając temu co tu widziała. -Ale wy...czy wy jesteście razem?
Zignorowałam pytanie, cofając się w stronę holu i ubierając na siebie kurtkę. -No chodźcie, nie możemy tu siedzieć przez cały dzień. Pewnie mama już na nas czeka.
-Tak, zbieramy się Kim. -odparł chłopak, nadal patrząc niewyraźnie na mnie.
Dzisiejszy dzień będzie zdecydowanie najdziwniejszym dniem, jaki miałam. Hope, właśnie całowałaś się z Justinem przy twojej siostrze. Oh zamknij się.
~*~
Po prawie 30 minutach dopiero dojechaliśmy do szpitala. Pieprzone korki w Nowym Jorku.
Siedziałam na miejscu pasażera, tuż obok Justina, a Kim zawzięcie pisała coś w swoim telefonie. Co chwile spoglądałam na chłopaka. Jak to możliwe, że zmienił strój?
Dziś miał na sobie czarną bluzkę z wycięciem dekoltu w serek, szare, luźne spodnie, które spadały mu odrobinę za dużo z tyłka, fioletowe supry i fioletowy fullcap z inicjałami NYC. Na tylnym siedzeniu, obok Kim leżała jego czarna kurtka, którą rzadko zakładał. Chyba w ogóle nie było mu zimno.
-Czemu ciągle mi się tak przyglądasz? -spytał, nadal patrząc na drogę.
Oj, chyba zostałam przyłapana, ups.
-Ja...po prostu dziwie się, że zdąrzyłeś się przebrać, nie będąc w domu. -odparłam, odrywając w końcu od niego wzrok.
-Byłem w domu.
-Jak to byłeś? Kiedy?
-Gdy was odwiozłem i położyłem spać Kim, to pojechałem na trochę do domu. Wziąłem prysznic, kilka ubrań na potem, chwilę pogadałem z Jazz i przyjechałem z powrotem tutaj. -stwierdził, nadal nie patrząc na mnie.
Było mi tak głupio, że był w domu może z dwie godziny. Przez ten cały czas był ze mną. To straszne.
-I powinieneś był tam już zostać. Justin, ja naprawdę doceniam wszystko co dla mnie robisz, ale jest środek szkoły...na dodatek, dopiero się wprowadziłeś i powinieneś serio zająć się teraz nauką, a nie ciągle nami. To niesprawiedliwe, wiesz? Odciągam cię od domu, szkoły, przyjaciół. Nie powinnam w ogóle ci na to pozwalać.
-To czemu pozwalasz? -spytał, po raz pierwszy zerkając na mnie.
Już nic nie odpowiedziałam, tylko odwróciłam się w stronę szyby, rysując na niej jakieś szlaczki.
-Jeśli naprawdę chcesz, żebym cię zostawił w spokoju, czemu mi tego nie powiesz, Hope? -znów zaczął.
-Nie chcę, żebyś zostawiał mnie w spokoju. Chcę, żebyś żył też swoim życiem, a nie tylko moim. -pisnęłam, pod dużą presją, jaka była w głosie chłopaka.
Justin zatrzymał samochód. Byliśmy już na parkingu przed szpitalem.
-Zróbmy to po twojemu...zajmę się swoim życiem, nie twoim. Idźcie już. -mówił ostrym tonem.
-Justin. -jęknęłam. -Nie bądź na mnie zły, tylko dlatego, że chcę twojego dobra.
-Nie jestem zły, Hope. Po prostu już idźcie.
Przytaknęłam i razem z Kim pomaszerowałyśmy w stronę budynku. Blondynka chwyciła mnie mocniej za rękę i zapytała:
-Czy ty i Justin właśnie się pokłóciliście?
-Nie Kim, po prostu on ma też swoje sprawy, nie tylko nasze, więc musiał odjechać, ale wróci.
-Obiecujesz? -spojrzała na mnie, a w jej oczach rozbłysnęła nadzieja. Widać, że przez te parę dni zżyła się z Justinem.
-Obiecuję, aniołku. Wszystko będzie dobrze. -szepnęłam, przytulając ją czule. -Kiedyś do nas wróci. Kiedyś.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za każdy wasz komentarz, całego serca dziękuję x