Ten chłopak umie tańczyć.
O mój boże.
Obkręcił mnie kilka razy wokół mojej własnej osi, a cały pokaz, co on nazywa normalnym tańcem, zakończył przytrzymując mnie blisko ziemi, dokładnie na mojej talii.
Westchnęłam spokojnie, gdy stanęłam już na własne nogi.
-Umiesz tańczyć. -przyznałam nieśmiało przygryzając wargę.
-Daj spokój, to nic. Tak właściwie to nie umiem, to była jakaś improwizacja. -podrapał się w zakłopotaniu po karku i dopiero teraz zobaczyłam tatuaż na jego ramieniu.
-Masz tatuaż?
Od dziecka, gdy dowiedziałam się, że mój dziadek ma tatuaż chciałam jakiś mieć. Nawet miałam swój własny projekt, ale no cóż...moi rodzice wychłostaliby mnie, a potem jeszcze dopadliby tatuażystę i jemu zrobili to samo, co byłoby łatwe, bo w Nowym Jorku nie ma dużo salonów tatuażu, a mój ojciec jest policjantem.
Od dziecka, gdy dowiedziałam się, że mój dziadek ma tatuaż chciałam jakiś mieć. Nawet miałam swój własny projekt, ale no cóż...moi rodzice wychłostaliby mnie, a potem jeszcze dopadliby tatuażystę i jemu zrobili to samo, co byłoby łatwe, bo w Nowym Jorku nie ma dużo salonów tatuażu, a mój ojciec jest policjantem.
-Tatuaż? -zakpił. -Mam tatuaże. -pokreślił dziwnie 'e' w zdaniu. -Na całym ciele. -dodał z uśmiechem.
Parsknęłam cicho, na sam fakt jak to zabrzmiało w jego ustach. -A co do tego tańca, to też jesteś niezła...ktoś cię uczył, czy to wrodzony talent? -spytał po chwili, dając mi nowy kubek z piwem.
-Myślę, że to wrodzone, ale niczego nie jestem pewna, żeby nie było. - uniosłam ręce w kapitulacji. -Moja babcia była kiedyś zawodową tancerką.
-Żartujesz? -roześmiał się chłopak, patrząc na mnie wzrokiem typu no-weź-nie-gadaj.
-Nie, kompletnie nie żartuję, naprawdę.
-Wow.
-Uhm, zaraz wrócę...muszę coś załatwić. -chłopak wycofał się, posyłając mi ostatni uśmiech.
Nie, nie będę czekała Justin.
Dochodziła już północ.
Postanowiłam, że mimo wszystko już wyjdę, ale za cholerę nie mogłam znaleźć Sophie. Jakby ona i Jazzy po prostu się rozpłynęły, albo wyparowały. Nie miałam na nie czasu, więc wyszłam nawet z nikim się nie żegnając. Nie, żeby kogoś to w ogóle obchodziło.
Pozostał mi tylko mały, malutki punkt, którego nie przewidziałam. A mniej więcej to, że nie miałam jak wrócić do domu.
Nie zamówię taksówki, bo nie mam przy sobie żadnych pieniędzy. Piłam, więc nie mogę prowadzić, a autobusy tak jakby nie jeżdżą na drugą stronę Manhattanu, na której mieszkałam.
Nie żebym narzekała, ale do mojego domu na jest po prostu daleko, a jedynym środkiem komunikacji jest pieprzone metro.
Nie ma mowy, żebym jechała taką nocą metrem. Ktoś może mnie porwać, zgwałcić, a jeśli nawet będzie taka potrzeba pobije mnie i zostawi leżącą na chodniku.
Na dodatek w metrze, o każdej porze roku, jest okropnie gorąco, a ja się nie chce do cholery smażyć jak pieprzony kurczak. Nie ma mowy.
-Uhm, zaraz wrócę...muszę coś załatwić. -chłopak wycofał się, posyłając mi ostatni uśmiech.
Nie, nie będę czekała Justin.
Dochodziła już północ.
Postanowiłam, że mimo wszystko już wyjdę, ale za cholerę nie mogłam znaleźć Sophie. Jakby ona i Jazzy po prostu się rozpłynęły, albo wyparowały. Nie miałam na nie czasu, więc wyszłam nawet z nikim się nie żegnając. Nie, żeby kogoś to w ogóle obchodziło.
Pozostał mi tylko mały, malutki punkt, którego nie przewidziałam. A mniej więcej to, że nie miałam jak wrócić do domu.
Nie zamówię taksówki, bo nie mam przy sobie żadnych pieniędzy. Piłam, więc nie mogę prowadzić, a autobusy tak jakby nie jeżdżą na drugą stronę Manhattanu, na której mieszkałam.
Nie żebym narzekała, ale do mojego domu na jest po prostu daleko, a jedynym środkiem komunikacji jest pieprzone metro.
Nie ma mowy, żebym jechała taką nocą metrem. Ktoś może mnie porwać, zgwałcić, a jeśli nawet będzie taka potrzeba pobije mnie i zostawi leżącą na chodniku.
Na dodatek w metrze, o każdej porze roku, jest okropnie gorąco, a ja się nie chce do cholery smażyć jak pieprzony kurczak. Nie ma mowy.
Jedyne co przychodziło mi na myśl to iść na piechotę. Dobra, to nie może być trudne. Kiedyś mogę dojść do domu. Kiedyś napewno.
Ruszyłam prostą uliczką o nazwie Richmond. Bardzo ładna nazwa.
Minęłam kilka parków, małych rzeczek, placów zabaw, które wyglądały jak z horroru, parę kamienic, w których chyba mieszkali ci biedniejsi, kilka sklepów.
Szłam już dobre dwie godziny i tak sobie myślę, że się zgubiłam.
Za moimi plecami usłyszałam głośny klakson samochodu, a z niego wyszła wkurzona, jak chyba nigdy, Sophie.
-Co ty sobie wyobrażasz? Wiesz co mogło ci się stać, chodząc tu samej o takiej godzinie? Miałyśmy być razem na imprezie, a ty mnie zostawiasz?! -wrzeszczała tak głośno, że ludzie z w oknach kamienic zapalali światła i wyglądali na zewnątrz.
-To nie moja wina, że nie mogłam cię znaleźć.- odparłam trochę wkurzona faktem, że ona się na mnie tak drze. Przecież to ona mnie tam zostawiła, a nie na odwrót. -Piłaś, a potem prowadziłaś? -spytałam. Czemu dopiero teraz o to spytałam? Alkohol.
-Nie. -warknęła, nadal zła. -Niall chciał mnie zawieźć do domu, ale okazało się, że ciebie już nie ma na imprezie. Miałaś pojęcie, jak bardzo się martwiłam?!
-Sophie, to nie moja wina. Sama gdzieś sobie poszłaś, kumasz to?
-Dobra, koniec tematu. -machnęła na mnie ręką. -Chcesz dalej iść na piechotę, czy może Niall ma cię podwieźć?
-Nie znam go. -burknęłam.
-A myślisz że ja tak? Poznałam go zaledwie godzinę temu...ale wydaje się być wporządku.
-Dajesz prowadzić samochód, w dodatku nie twój, jakiemuś chłopakowi, którego nie znasz?! -wrzasnęłam podirytowana jej brakiem szacunku do wszystkiego co ma.
-Jedziesz, czy nie? -wywróciła oczami, jakbym była jej matką.
-Jadę. -syknęłam w jej stronę i szybkim tempem weszłam do środka, zatrzaskując za sobą mocno drzwi.
-Hej. -skinął blondyn za kierownicą unosząc swojego fullcap'a znad czoła. -Jestem Niall, a ty to pewnie Hope?
-Ta. -mruknęłam. -Będziesz tak miły Niall, i zawieziesz mnie do domu?
-Jasne. -wyszczerzył się do mnie przez boczne lusterko i już z Sophie w samochodzie ruszyliśmy przed siebie.
-Okej, Niall...dzięki za podwózkę. Pa, Sophie. -powiedziałam miękko i wysiadłam jak najszybciej mogłam.
Pojazd odjechał z piskiem opon i zginął gdzieś daleko na horyzoncie.
Tak jak tego nie zaplanowałam, drzwi mojego domu nie były otwarte, więc z małą pomocą drabiny weszłam na górę.
Zamknęłam szczelnie okno, ale od razu do moich uszu doszedł stukot w drzwi. Szybko narzuciłam na siebie szlafrok, a na stopy wrzuciłam swoje kapcie i poszłam otworzyć.
-Hope Marie Richardson, czemu przez dobre cztery godziny nie otwierałaś drzwi? -moja mama wydawała się być jeszcze wścieklejsza od Sophie, bo tylko w takich przypadkach używa mojego pełnego imienia.
-Uczyłam się. -odparłam, próbując brzmieć szczerze.
-I nie słyszałaś jak wołałam? Hope...
-Mamo, miałam na sobie słuchawki, no i przy tych wszystkich kwasach musiałam zasnąć,nic więcej.- jęknęłam, nadal zdenerwowana.
-Od kiedy uczysz się ze słuchawkami na uszach?
-Od zawsze. -wywróciłam oczami, krzyżując ręce na ramionach.
-Okej, ale idź już spać i nie przesadzaj z tą nauką. -posłała mi ten swój matczyny uśmieszek i wyszła z pokoju.
Nie wierzę, że tak po prostu to kupiła.
Ruszyłam prostą uliczką o nazwie Richmond. Bardzo ładna nazwa.
Minęłam kilka parków, małych rzeczek, placów zabaw, które wyglądały jak z horroru, parę kamienic, w których chyba mieszkali ci biedniejsi, kilka sklepów.
Szłam już dobre dwie godziny i tak sobie myślę, że się zgubiłam.
Za moimi plecami usłyszałam głośny klakson samochodu, a z niego wyszła wkurzona, jak chyba nigdy, Sophie.
-Co ty sobie wyobrażasz? Wiesz co mogło ci się stać, chodząc tu samej o takiej godzinie? Miałyśmy być razem na imprezie, a ty mnie zostawiasz?! -wrzeszczała tak głośno, że ludzie z w oknach kamienic zapalali światła i wyglądali na zewnątrz.
-To nie moja wina, że nie mogłam cię znaleźć.- odparłam trochę wkurzona faktem, że ona się na mnie tak drze. Przecież to ona mnie tam zostawiła, a nie na odwrót. -Piłaś, a potem prowadziłaś? -spytałam. Czemu dopiero teraz o to spytałam? Alkohol.
-Nie. -warknęła, nadal zła. -Niall chciał mnie zawieźć do domu, ale okazało się, że ciebie już nie ma na imprezie. Miałaś pojęcie, jak bardzo się martwiłam?!
-Sophie, to nie moja wina. Sama gdzieś sobie poszłaś, kumasz to?
-Dobra, koniec tematu. -machnęła na mnie ręką. -Chcesz dalej iść na piechotę, czy może Niall ma cię podwieźć?
-Nie znam go. -burknęłam.
-A myślisz że ja tak? Poznałam go zaledwie godzinę temu...ale wydaje się być wporządku.
-Dajesz prowadzić samochód, w dodatku nie twój, jakiemuś chłopakowi, którego nie znasz?! -wrzasnęłam podirytowana jej brakiem szacunku do wszystkiego co ma.
-Jedziesz, czy nie? -wywróciła oczami, jakbym była jej matką.
-Jadę. -syknęłam w jej stronę i szybkim tempem weszłam do środka, zatrzaskując za sobą mocno drzwi.
-Hej. -skinął blondyn za kierownicą unosząc swojego fullcap'a znad czoła. -Jestem Niall, a ty to pewnie Hope?
-Ta. -mruknęłam. -Będziesz tak miły Niall, i zawieziesz mnie do domu?
-Jasne. -wyszczerzył się do mnie przez boczne lusterko i już z Sophie w samochodzie ruszyliśmy przed siebie.
-Okej, Niall...dzięki za podwózkę. Pa, Sophie. -powiedziałam miękko i wysiadłam jak najszybciej mogłam.
Pojazd odjechał z piskiem opon i zginął gdzieś daleko na horyzoncie.
Tak jak tego nie zaplanowałam, drzwi mojego domu nie były otwarte, więc z małą pomocą drabiny weszłam na górę.
Zamknęłam szczelnie okno, ale od razu do moich uszu doszedł stukot w drzwi. Szybko narzuciłam na siebie szlafrok, a na stopy wrzuciłam swoje kapcie i poszłam otworzyć.
-Hope Marie Richardson, czemu przez dobre cztery godziny nie otwierałaś drzwi? -moja mama wydawała się być jeszcze wścieklejsza od Sophie, bo tylko w takich przypadkach używa mojego pełnego imienia.
-Uczyłam się. -odparłam, próbując brzmieć szczerze.
-I nie słyszałaś jak wołałam? Hope...
-Mamo, miałam na sobie słuchawki, no i przy tych wszystkich kwasach musiałam zasnąć,nic więcej.- jęknęłam, nadal zdenerwowana.
-Od kiedy uczysz się ze słuchawkami na uszach?
-Od zawsze. -wywróciłam oczami, krzyżując ręce na ramionach.
-Okej, ale idź już spać i nie przesadzaj z tą nauką. -posłała mi ten swój matczyny uśmieszek i wyszła z pokoju.
Nie wierzę, że tak po prostu to kupiła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Za każdy wasz komentarz, całego serca dziękuję x